REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Byłam dla ludzi

Opublikowano 06 stycznia 2018, autor: Michał Szczęch

Ewa Gołąbek w urzędzie gminy Kolsko przepracowała czterdzieści lat z hakiem, w tym cztery dekady jako szefowa biura rady.

– Z wójtem i sekretarzem jesteśmy ten sam rocznik. Z wójtem chodziliśmy do klasy A, sekretarz był w klasie B. Pamiętam, że chłopcy dzieli się na dwie grupy. Jedni woleli Czerwone Gitary, drudzy Skaldów i często się o to kłócili. Wójt był prymusem, grał w piłkę nożną… Później każde z nas poszło w swoją stronę. Ja do Sławy, do szkoły zawodowej. Wyuczyłam się na rolnika. Wróciłam do Kolska. Dostałam pracę w geesie. Zaocznie kończyłam szkołę średnią. W grudniu 1974 roku zaproponowali mi pracę w gminie. Bałam się, że nie dam rady. Ale jakoś sobie poradziłam. Byłam instruktorem gospodarstwa domowego. Współpracowałam z kołami gospodyń wiejskich, ze związkami. Posadę w biurze rady zaproponowano mi 1 kwietnia 1978 roku. Po mnie do pracy w urzędzie gminy przyszedł sekretarz. Wójt przyszedł w 1994.

W grudniu przeszła pani na emeryturę. Jakie to uczucie?

– Ojej, czemu pani odchodzi? Gmina bez pani nie będzie już taka sama. Takie głosy słyszałam i było mi bardzo miło. Ale po odejściu poczułam ulgę.

Dlaczego?

– Ludzie są coraz bardziej roszczeniowi. Dawniej kontakt z drugim człowiekiem był dużo łatwiejszy.

Z radnymi też inaczej się pracowało?

– Dawniej było wśród nich więcej społeczników, osób zaangażowanych. Dziś coraz więcej takich, co przede wszystkim chcą pozałatwiać swoje sprawy.

Pani rozdarta między Konotopem i Kolskiem. Wsie od lat ze sobą rywalizują. Dało się odczuć tę rywalizację również między radnymi?

– Często. A najbardziej w 1999 roku. Gdy tworzyły się gimnazja, słali skargi jedni na drugich, do kuratora, do wojewody. Doszło do sytuacji, że namówiono rodziców, by posłali swoje dzieci nie do gimnazjum w Kolsku, ale do Sławy. Przykro było słuchać i patrzeć.

Radni potrafią zaleźć za skórę…

– Potrafią. Sam pan wie, bo pewnie pan to odczuł.

Ja wtedy zawsze sobie powtarzam, że nie jestem od lubienia.

– I ja powtarzałam sobie podobnie, że nie wszyscy muszą mnie lubić. I robiłam swoje najlepiej jak potrafiłam. Długo musiałam uczyć się odporności, że są ludzie i ludziska, że różne charaktery. Wcześniej przez wiele lat wszystko brałam do siebie, bardzo przeżywałam nieporozumienia, niesnaski.

W ciągu 40 lat zdarzył się ktoś wyjątkowo złośliwy?

– Zapamiętałam jednego radnego. Często miał do mnie pretensje po sesji, że w protokole nie napisałam tego, co on myślał. Ale przecież ja nie potrafię czytać w myślach. Zmieniały się kadencje. Myślałam „Boże, jacy trudni radni”. Ale przychodzili nowi, o poprzednikach zapominałam i znowu myślałam „Boże, jacy trudni”. Docieranie się trwało zazwyczaj pół roku.

Trudni, czyli jacy?

– Są tacy, którzy przez całą kadencję, na sesji czy komisji, słowem się nie odezwą. A poza obradami dyskutują, bardzo dużo. Są tacy, co oczekiwania mają spore, ale nic nie powiedzą. Radni z obecnej kadencji z problemami idą bezpośrednio do wójta. Ale w poprzednich kadencjach to ja byłam pośrednikiem.

Z jakimi problemami przychodzili?

– Ze wszystkim. Od dziury w drodze począwszy, na interwencji kończąc, nawet tej poważnej, dotyczącej ludzi bezpośrednio.

Czyli pani musiała być zaznajomiona ze sprawami gminy jak mało kto.

– To samo z siebie wynikało. Obsługiwałam sesje, komisje. Oni dyskutowali. A ja musiałam słuchać i pisać.

Słuchała pani wszystkich kłótni na sesji…

– I sporo mnie to kosztowało nerwów. Nie raz człowiek gotował się w środku. Miałam ochotę wstać, powiedzieć, że to nie tak. Ale musiałam milczeć.

Co denerwowało najbardziej?

– Na przykład, że jest dziura w drodze, albo woda nie ścieka. I radni nie pytają fachowca, tylko każdy mówi, co należałoby zrobić. Wszyscy specjaliści. Albo oceniają nauczycieli. Nie umniejszając nikomu, ale radni często są po szkole zawodowej. A nauczyciel, wykształcony w swoim fachu, po studiach, dobrze przecież wie, co robi.

Sąsiadki nie podpytywały, co w gminie słychać? Nie były ciekawskie?

– Raczej nie. Częściej było tak, że przychodzili mieszkańcy do gminy i prosili mnie o pomoc, żeby wskazać, gdzie z daną sprawą podejść. Starsze osoby prosiły, bym pomogła. W ich imieniu zanosiłam dokument do odpowiedniej osoby. Nikogo nie zostawiłam bez pomocy, bo zawsze wychodziłam z założenia, że ja jestem dla ludzi, a nie ludzie dla mnie. Młodzi urzędnicy coraz częściej o tym zapominają, niestety. Trochę to przykre.

Nie boi się pani, że teraz, na emeryturze, będzie nudno?

– Zajęcie sobie znajdę. Na maj zaplanowałam wyjazd, mam siostrzenicę za granicą, zaprosiła mnie.

Będzie pani przychodzić na sesje?

– Na razie nie czuję takiej potrzeby, nie tęsknię.

A może wystartuje pani na radną?

– Nigdy w życiu! Choć radnych bardzo lubię, z niektórymi przez te wszystkie lata nawet się zaprzyjaźniłam. Prędzej rada sołecka, albo koło gospodyń. Ale na razie to ja planuję odpocząć.

Rada dla pani następcy, następczyni?

– Być cierpliwym, nie przeżywać, nie brać do siebie kłótni na sesji i wypowiedzi radnych. Ale czy młody pracownik będzie tak przeżywał to wszystko? Mam wrażenie, że dzisiaj młodzi ludzie już tak bardzo nie biorą sobie bolączek do serca.

Napisz komentarz »