REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Spełniony żołnierz z Kożuchowa

Opublikowano 04 lutego 2018, autor: PS

Odszedł ppłk Stanisław Surdy (88 l.). – Dobry człowiek. Z każdym porozmawiał, każdemu podał rękę. Nigdy się nie wywyższał. To był mój autorytet – wspomina córka Jolanta.

Ppłk Surdy zmarł w sobotę (20.01.). Miał 88 lat. W środę (24.01.) na cmentarzu w Kożuchowie żegnano go z honorami. Była warta honorowa, salwy, sztandary Wojska Polskiego i Związku Żołnierzy Wojska Polskiego, a także pieśń żołnierska odegrana na trąbce.

– Żołnierze nigdy nie odchodzą. Pan Bóg zabiera ich do swojego orszaku – takimi słowami żegnał go ppłk Sylwin Jarosz, prezes zarządu Koła Nr 10 im. 13 Pułku Zmechanizowanego ZŻWP.

Za mundurem panny sznurem

Czesława Surdy z mężem przeżyła 63 lata. – Mówił do mnie kochanie. I zawsze umiał mnie uspokoić – mówi. Poznali się na weselu pod Kielcami. – Jego kuzynka wychodziła za mojego kuzyna. Wyrwał się na przepustkę. Był wtedy w stopniu podporucznika. Jak wszedł na wesele w mundurze to od razu wpadł mi w oko – wspomina. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Rok później Czesława i Stanisław byli już małżeństwem.

– Jeździłam za nim po całym województwie. Gubin, Żary, Kostrzyn nad Odrą i w końcu Kożuchów – opowiada. W Kożuchowie osiedli w 1967 roku i już zostali. Stanisław był szefem służby finansowej w kożuchowskiej jednostce.

– Kasyno było pod nim, wszystkie służby. Wypłacał żołnierzom żołd – wspomina pani Czesława. W domu skarbnikiem nie był. – Zawsze miał pieniądze, ale raczej to ja wydawałam – uśmiecha się wdowa.

Wnuki nauczył punktualności 

Jolanta Skiba pamięta ojca tylko w mundurze. – Wyprostowany, spodnie wyprasowane elegancko na kant i nienagannie czyste buty – opowiada.

Wspomina domową dyscyplinę. – Koleżanki mogły więcej. U mnie było zawsze „ta godzina masz być w domu i koniec”. Ale surowy nie był – mówi. Wołał do niej „córunia”.

– Trzymaliśmy sztamę – uśmiecha się. – Był dla mnie wielkim autorytetem. Jak tata coś mówił, to się zawsze słuchało, bo to było ważne – wspomina. – To był dobry człowiek. Mówiło się kiedyś, że wojsko to elita, ale tata nigdy się nie wywyższał. Z każdym rozmawiał i każdemu podał rękę. Nigdy nie dzielił ludzi i uczył nas tego samego – dodaje.

Doczekał się czwórki wnuków i pięciorga prawnuków. Wszystkich nauczył punktualności. – Jak ktoś umówił się z dziadkiem na konkretną godzinę, to miał o niej być, inaczej się nasłuchał – opowiada J. Skiba. Jak pomagał dzieciom i wnukom, to odzywał się w nim natura wojskowego skarbnika. – Dał pieniądze na boazerię, czy kafle, to oczekiwał, że je kupimy, a nie, że rozejdą się na coś innego – wspomina córka.

Był dla nas wzorem

W 1986 roku przeszedł na emeryturę. – Mówił, że jakby jeszcze raz miał decydować, co robić w życiu, też poszedłby do wojska. Medali, nagród i dyplomów przez 36 lat służby nazbierał całą szufladę – opowiada wdowa po ppłk Surdy.

Na emeryturze nie rozstał się z wojskiem. Działał jako związkowiec wojskowy. Był też prezesem i skarbnikiem kożuchowskiego koła.

– Ciepły, uczynny i otwarty człowiek. W pracy niezwykle skrupulatny i stanowczy. Potrafił podejmować niepopularne decyzje i usuwać ze struktur osoby, które się nie angażowały – mówi ppłk S. Jarosz. – Był dla nas wzorem i można powiedzieć, że po części dzięki niemu koło przetrwało. W ub. roku miałem przyjemność wręczać mu Złoty Medal XXXV-Lecia Związku Żołnierzy Wojska Polskiego – dodaje.

W ostatnich latach ppłk Surdy chorował po udarze. – Odszedł jako spełniony człowiek, zarówno zawodowo jak i rodzinnie. Pochowaliśmy go w mundurze, bo takie było jego życzenie – kończy córka.

Napisz komentarz »