REKLAMA

Wasze sprawy

Kiedyś było inaczej

Opublikowano 10 marca 2018, autor: Michał Szczęch

– Dawniej ludzie byli życzliwsi, nie kłócili się tak, jak dzisiaj – mówią mieszkanki Bobrownik (gmina Otyń), które przeżyły wojnę.

Antonina Wicińska (91 lat)

– Urodziłam się w 1927, pod Lwowem. Byłam jeszcze dzieckiem, jak mnie wywieźli na przymusowe roboty do Niemiec. Doiłam tam krowy, w polu robiłam, ale przynajmniej było co jeść. Po wojnie przyjechałam do Bobrownik. Miałam 18 lat, jak poznałam tu męża. Eugeniusz mu było na imię. Wrócił z frontu. Był ranny na wojnie, płuco mu przebili. Dostaliśmy dom. Mąż pracował w fabryce Odra w Nowej Soli, a ja chowałam troje dzieci i zajmowałam się gospodarstwem. Ciężko było po wojnie, nawet ubrania nie można było kupić. Ale ludzie byli dla siebie dobrzy, jeden drugiemu pomagał. Kiedyś ludzi więcej było na ulicy, zaglądali jeden do drugiego. Teraz prawie nikt nie zagląda, a mnie jest przykro. Codziennie w okienku siedzę i czekam. Tak pragnę, żeby ktoś przyszedł, porozmawiał.

Leokadia Bursztynowicz (95 lat)

– Jestem rocznik 1923. Pochodzę z warszawskiego. Do Bobrownik przyjechałam z mamą i tatą w 1945, bo w warszawskim wszystko było spalone. Ludzie zewsząd tu przyjeżdżali, bo i zza Buga, i z poznańskiego. I wszyscy się wzajemnie szanowali, wszyscy się dogadywali. Ten, co miał więcej, dzielił się z tym, co nie miał nic. Jeden dał konia, drugi dał konia i razem orali pola, bo ziemia tu była ciężka. Sadziliśmy kartofle, ojciec sprzedawał w Nowej Soli i tak żeśmy żyli. Był we wsi młyn. Robiło się zboże. I dla nas starczyło, i jeszcze komuś się dało. Mąż przyszedł tu z poznańskiego. I wszystkiego dorobiliśmy się własnymi rękami. Mąż pracował w tartaku, ja w gospodarstwie. Kupiliśmy krowę, konia, a później traktor. Kobiety schodziły się, darły pierze i rozmawiały. Wieczorami grało się w karty. Dzisiaj ludzie nie potrafią się spotkać. Aż przykro, że tak się kłócą.

Florentyna Skrzypczak (87 lat)

– Pochodzę z kieleckiego. Jak wybuchła wojna, to przyszli Niemcy. Dali nam łopaty, kilofy i zapędzili do roboty w okopach. 11 lat wtedy miałam, jeszcze dzieckiem byłam. Ludzie z wioski przynosili ciepłą herbatę. Jedliśmy ziemniaki i zboże. Żeśmy płakali i pracowali. A po wojnie zaczęła się moja wędrówka. Byłam służącą pod Warszawą. Państwo dobrze mnie traktowali. Jak jedliśmy, to razem, przy jednym stole. Państwo dali mnie na służącą do Łodzi. Później pojechałam do Nowej Soli, do pracy w fabryce amunicji. W fabryce poznałam męża. Murarz i elektryk. Zenek mu było na imię. Siedem lat mieszkaliśmy na Pleszówku. Później poszliśmy mieszkać do Zakęcia. A na końcu osiedliśmy w Bobrownikach. Wynajmowaliśmy jedno mieszkanie, później drugie. Aż zamieszkaliśmy w ruinie. Piwnica zarwana, ściany popękane, dach dziurawy. Sami odbudowaliśmy. Urodziłam pięcioro dzieci. Nie było słodko. Więcej się napłakałam, jak naśmiałam. Ale ludzie zawsze mi byli życzliwi. A dzisiaj jednego mi brakuje, żeby rodzina była razem. Bo takie są czasy, że nawet w rodzinach nie potrafią ze sobą rozmawiać.

Celina Słońska (90 lat)

– Urodziłam się pod Warszawą. Jak była wojna, to w pięć rodzin siedzieliśmy w jednym domu, mieszkaliśmy w piwnicy, w ziemiance. Dlatego pojechaliśmy z mężem Władysławem na ziemie odzyskane. Trafiliśmy do Bobrownik. Tam, gdzie teraz jest zlew, stała ławka. I tyle. Niczego żeśmy nie mieli, nawet łóżek. Dorabialiśmy się od igły do widły. Kupiliśmy łóżka, stół, krzesła, szafę, wszystko po kolei. Gospodarzyliśmy na dziewięciu hektarach. Kupiliśmy krowy, konie, świnie. Mleko mieliśmy swoje, mięso ze świniaczków swoje, masło i śmietanę robiłam, chleb piekłam. Tyle było roboty, a człowiek był zadowolony ze wszystkiego. Była we wsi jedna młockarnia i chodziła z domu do domu. Wszyscy żeśmy młócili, po kolei. Za dobre gospodarzenie dyplomy nam dawali, odznaki za zasługi w rozwoju województwa. A teraz? Emerytury mało. Sąsiad do sąsiada nie przyjdzie. Człowiek skona i nawet nie zauważą.

Stefania Wysoczańska (88 lat)

– Pochodzę spod Brzeżan. Nasza wioska nazywała się Huta. Byłam jeszcze dzieckiem, jak nauczyłam się, że ludzie są albo dobrzy, albo źli. Przyszli do domu banderowcy. Ojciec cudem przeżył, bo uciekł w pole. Mamie przystawili karabin do piersi. Koniec końców nie zabili, ale zabrali nam wszystko – buty, ubrania, jedzenie. Na drugi dzień przyszła Ukrainka. Przestrzegła, że na nas podpisany wyrok śmierci. Musieliśmy uciekać. Jak dzisiaj widzę uchodźców w telewizji, to ja im bardzo współczuję, bo ja tułaczkę znam. Im trzeba pomóc, bo ja poznałam wtedy, co to głód, jak nam niemieccy żołnierze wszystko zabrali. Raz mama poszła wiele kilometrów i przyniosła na plecach 25 kilo zboża. Jedliśmy z mlekiem. I tak żeśmy wtedy żyli. Nikomu nie życzę, żeby musiał przechodzić to, co myśmy wtedy przeszli. Do dzisiaj, jak ktoś w okno zastuka, to ja się boję. Do Bobrownik przyszliśmy mieszkać w 1950. Tu poznałam męża. Miron mu było na imię. W Bobrownikach dobrze się żyło. Mąż w Dozamecie pracował, a ja w domu i na gospodarstwie. Wtenczas polubowniej było. Dzisiaj amotna nie jestem, z córkami mieszkam. Ale sąsiadów brakuje, żeby po prostu porozmawiać, jak kiedyś.

Zofia Kraska (93 lata)

– Jestem Zosia spod Kalisza, a tam siała groch Marysia! Ja urodzona w 1925, we wsi Osłuchów. Jak miałam 13 lat, to ojciec umarł. Wszyscy pomagaliśmy mamie, żeby przeżyć. Pracowaliśmy przy burakach. Jak przyszła wojna, to wywieźli mnie do Niemiec na przymusowe roboty do fabryki kartofli. Przez pięć lat czyściliśmy te kartofle i kroiliśmy, a Niemcy pilnowali nas z karabinami. Przy kartoflach poznałam Antoniego. Jak skończyła się wojna, to dali nam wolność i rowerem ruszyliśmy do Polski. Ale Ruscy rower zabrali. Do Polski wróciliśmy pieszo. Spali my i w stodole, i w kościele, gdzie popadło. Najpierw poszliśmy do Osłuchów, a później do Bobrownik. Myśmy tu mieli gospodarstwo, kilka hektarów. Praca była ciężka, ale ludzie byli sobie życzliwi. Synowie mi poumierali, ale córkę mam na medal. Co dzień do mnie dzwoni, co tydzień u mnie jest. Głodna nie chodzę, w lodówce mam i kiełbaskę, i smalec, i ciasto. Wnuczek przyjdzie i mówi: babcia, drzewo porąbię. Wnuczka, jak przyjdzie, to mówi: babcia, pranie ci zrobię, firanki wymienię, okna pomyję. A ja Bogu dziękuję za to wszystko. Ja się spać nie położę, jak pacierza nie zmówię.

Napisz komentarz »