REKLAMA

Wasze sprawy

Pan Malinowski jedzie rowerem

Opublikowano 06 maja 2018, autor: Michał Szczęch

Nestor nowosolskich kolarzy ? tak mówią o Kazimierzu Malinowskim z Modrzycy. Bo choć przygodę z dwoma kółkami zaczął późno, od wstąpienia do stowarzyszenia miłośników amatorskiego kolarstwa w 2000 roku, to budzi powszechny podziw, uznanie i respekt, niczym wielki mistrz.

– Jestem o rok starszy od królowej brytyjskiej ? przedstawia się, a uczestnicy rowerowych wycieczek i rajdów, w których bierze udział, podchodzą i gratulują.

Dzień dobry panie Malinowski!

– Znajomi w moim wieku wolą siedzieć przy piecu lub przed telewizorem. A ja wolę się ruszać ? mówi 93-letni właściciel czeskiego roweru. To dobry sprzęt, lekki (10 kilo wagi), więc idealny do wypraw.

Trasą z Modrzycy do nowosolskiego szpitala i z powrotem jeździ niemal codziennie, choć tu strzyknie, tam zaboli, w głowie zaszumi, w sercu zakołacze.

Mija ludzi z kijkami i na rolkach. – Dzień dobry panie Malinowski! ? kłaniają się. Bo znany jest w okolicy nie tylko z zamiłowania do rowerowych wycieczek, ale też z racji wykonywanego przed laty zawodu.

Był planistą w otyńskim pegeerze

Ustalał liczby sztuk trzody, podliczał zbiory. I do pracy przez całe życie dojeżdżał rowerem, bo nie miał samochodu.

Do Otynia zjechał w latach 70. Wcześniej, przez chwilę, był planistą w pegeerze w Czerwieńsku. A jeszcze wcześniej, przez lata, zajmował się planowaniem w pegeerach zachodniopomorskich, pod Szczecinem.

W awansie pomogła szkoła, choćby ta w Łodzi, półroczna, pod okiem przedwojennych profesorów, którzy zaszczepili w młodym Kazimierzu miłość do literatury. Ale najbardziej ? twierdzi pan Malinowski ? w awansie pomógł fortepian.

Grał w muszli koncertowej

Przed wojną mały Kazik brał lekcje w szkole muzycznej. Kto wie, może byłby pianistą? A może fotografem? Ojciec małego Kazika prowadził przecież drukarnię…

Szkołę przerwała wojna. Ojca rozstrzelali. Malinowscy zamknęli drukarnię. Kazimierz pracował u Niemca, na przymusowych robotach. Morzony głodem, karmiony chlebem ze śrutu, od którego krwawiły dziąsła, przeżył dzięki burakom cukrowym i jajkom wykradanym od kur.

Zahartowany głodem, żeby zobaczyć się z siostrą, potrafił w 1946 roku przejechać 400 kilometrów rowerem.

Po wojnie był pegeer i wspomniany fortepian. Gdy mieszkał na Pomorzu, grał w muszli koncertowej, a ludzie tańczyli. Kazimierz grał też na wyjazdach, w pegeerowskich świetlicach, najchętniej Straussa. Na pewno byli tacy, którzy dziwili się, że człowiek z pegeeru, a taki elokwentny. – Bo człowiek z pegeeru, wbrew powszechnej opinii, mógł kochać i literaturę, i muzykę klasyczną ? uważa pan Malinowski, który fortepian musiał sprzedać, gdy wyjeżdżał z Pomorza.

Wsiadł na rower

Po latach pasję do muzyki zastąpił tą do dwóch kółek. Przygodę zaczął późno, od wstąpienia do stowarzyszenia miłośników amatorskiego kolarstwa w 2000 roku. – Zacząłem jeździć dla zdrowia, bo zachorowałem na raka, to po pierwsze ? wylicza. – Po drugie, dla zabicia czasu, bo byłem już na emeryturze. Po trzecie, dla ludzi, bo lubię towarzystwo. I po czwarte dlatego, że każdy człowiek musi mieć w życiu pasję. Wtedy dożyje setki i będzie tak sprawny jak ja ? śmieje się pan Malinowski.

Napisz komentarz »