REKLAMA

Sport

Andrzej – rycerz z Kożuchowa

Opublikowano 02 czerwca 2018, autor: Jakub Kłyszejko

Andrzej Tyborowski w wolnym czasie wojuje mieczem. Wziął udział w zawodach rycerskich, ale jako amator nie miał większych szans z zawodowcami. Na co dzień pracuje jako frezer.

Skąd pojawiło się pana zamiłowanie do walk rycerskich?

– Osiemnaście lat temu w Kożuchowie zawiązała się grupa, która zaczęła zabawę z rycerstwem. Poznałem jedną z tych osób, dołączyłem i zostałem. Teraz zostałem tylko ja, syn i żona.

Zajmuje się pan tym hobbystycznie czy zawodowo?

– To typowo hobby. Podczas zawodów pozostali prezentowali światowy poziom. Ja jestem amatorem. Swoje lata już mam i nie oczekuję wielkich osiągnięć.

Jak można przygotować się do takich zmagań?

– Przede wszystkim trzeba mieć doświadczonego nauczyciela. Kiedyś uczyliśmy się sami. Jeździliśmy na turnieje, podczas których inni nam coś podpowiedzieli, pokazali. Teraz w Polsce są już szkoły walki. Najbliższa jest we Wrocławiu.

Pan często trenuje?

– Profesjonalista, który z tego żyje, trenuje codziennie. Natomiast amator trenuje kiedy może (śmiech). Takim minimum powinny być dwa treningi tygodniowo. Ważne jest przygotowanie kondycyjne. Sprzęt walczy kilkadziesiąt kilo. Ciężko jest to wszystko nosić.

Dużo trzeba dokładać do takiej zabawy?

– Jak ktoś ma pieniądze, to może się wyposażyć za kilkanaście tysięcy. Ja uczyłem się tego fachu wtedy, gdy wszystko robiło się samemu. Było to fajne, bo sprzęt robiliśmy z najprostszych rzeczy. Do kolczugi kupowaliśmy drut, nawijaliśmy go, cięliśmy, potem łączyliśmy. Sam wykonałem około 90 procent swojego sprzętu. Nie zrobiłem tylko miecza, hełmu i butów bo do tego trzeba mieć trochę fachu.

Jak rozkładają się proporcje? Ważniejszy jest sprzęt czy umiejętności?

– Pół na pół. Podam prosty przykład. Mój miecz waży 1.7 kg. Walczyłem na turnieju i większość miała miecze, które ważyły 950 gram. To straszna różnica przede wszystkim w operowaniu. Pieniądz ma znaczenie, ale dużą część można zrobić samemu.

Napisz komentarz »