REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Tylko koni żal

Opublikowano 07 lipca 2018, autor: Michał Szczęch

Najpierw znęcał się nad końmi. Później groził wolontariuszom pracującym na rzecz zwierząt. Wykręcał też rękę Joannie Liddane, znanej ekolożce. Sąd w czwartek (5.07) nie miał wątpliwości co do winy Franciszka G., rolnika z Modrzycy. – Jestem niewinny – obwieścił rolnik.

Franciszek G. z Modrzycy przykuśtykał w czwartek do sądu o kuli. Narzekał na ból stawów i biodra. – Jestem niewinny ? obwieścił na sądowym korytarzu. Przysiadł na ławce. – Rozprawy są nieuczciwe, a wyroki są z góry zaplanowane ? szeptał do ucha dziennikarza.

Skóra i kości

Franciszka G., rolnika z Modrzycy (gm. Otyń), oskarżono o okrucieństwo względem koni. Trzymał ich w gospodarstwie 12. Kontrole wykazały, że zwierzęta wyglądały fatalnie (skóra i kości). Niedowaga u niektórych sięgała ponad 150 kilogramów. Za dowód posłużyły m.in. zeznania wolontariuszy działających na rzecz zwierząt i fotografie wykonane w trakcie kontroli.

Franciszka G. skazano w sądzie nowosolskim. Odwołał się do Zielonej Góry. Tam wyrok zaostrzono. Karę 35 tys. zł grzywny i 25 tys. zł nawiązki dla warszawskiej fundacji Pegasus sąd zamienił na pół roku bezwzględnego więzienia. W mocy utrzymał za to postanowienie o 10-letnim zakazie hodowli koni i przepadku tych odebranych przez Biuro Ochrony Zwierząt.

Pobyt w więzieniu odroczono ze względu na zły stan zdrowia. A Franciszek G. do dziś nie czuje się winny. – Gdzie tam, panie, moje konie nie miały źle ? powtarza. – Tylko jeden był chory, a jedenastka pozostałych zdrowa była. Oni to zrobili nielegalnie, policja nawet protokołu nie sporządziła… – opowiada.

Sąd nie miał wątpliwości

Sprawa, w której w czwartek zapadł wyrok, jest ostatnią odsłoną głośnego w regionie procesu. Podzielono go na trzy rozprawy. Opisaną powyżej, w sprawie zwierząt, rozstrzygnięto w 2016 roku. Kolejną, dotyczącą żony Franiszka G. (mieszkała w tym gospodarstwie, więc widziała, co się dzieje ? uznał sąd) rozstrzygnięto w roku 2017.

Odsłona czwartkowa ponownie dotyczyła Franciszka G. A konkretniej jego zachowania 5 kwietnia 2014 roku, czyli w dniu odbioru zwierząt. Miał wtedy wpaść w szał. Zdaniem świadków przesłuchanych przez sąd, wyzywał wolontariuszy, groził im uwięzieniem w gospodarstwie i pobiciem. W starciu z Franciszkiem G. miała też ucierpieć Joanna Liddane, znana w regionie obrończyni praw zwierząt i ekolożka. Franciszek G. wykręcał jej rękę.

– Zdaniem sądu wina oskarżonego nie budzi żadnych wątpliwości ? oświadczył w czwartek sędzia Krzysztof Gowin. I zasądził 250 stawek dziennych (po 40 złotych każda), czyli 10 tys. zł grzywny. Pieniądze Franciszek G. musi zapłacić na rzecz Skarbu Państwa. Musi też pokryć koszta sądowe w kwocie ponad 600 złotych.

– Kara zdaniem sądu jest surowa, ale adekwatna względem społecznej szkodliwości czynu, popełnionego przez oskarżonego ? skomentował sędzia Gowin w trakcie rozprawy.

Co na to Joanna Liddane?

– Szkoda, że pieniądze pójdą na Skarb Państwa, a nie na rzecz zwierząt – ubolewa Joanna Liddane. – Wreszcie to koniec tej strasznej historii. Rozprawy trwały w sumie cztery lata, to zdecydowanie zbyt długo. Dobrze jednak, że we wszystkich wydano wyroki skazujące – cieszy się J. Liddane. I przestrzega: – Franciszek G. nigdy się nie zmieni. Choć ma zakaz hodowania zwierząt, to może znaleźć furtkę, by nadal żyć z końskiego mięsa. Niech społeczeństwo i urzędnicy obserwują tego człowieka.

PS

Wyrok nie jest prawomocny. Franciszek G. nie czuje się winny. Zapowiedział apelację.

Napisz komentarz »