REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Spowiedź organisty

Opublikowano 11 grudnia 2018, autor: Michał Szczęch

– Na pogrzebach dzieci jest najtrudniej. Wtedy ciężko zapanować nad emocjami. Bywa, że przestaję śpiewać, bo nie jestem w stanie. I to jest cena, którą płaci organista – mówi Grzegorz Zwarycz, od 20 lat organista w kościele. Jubileusz obchodził w niedzielę (2.06), w Bytomiu Odrz.

Jak to się zaczęło?

– Pochodzę z muzykalnej rodziny. Babcia rozpoczynała śpiewy w kościele. Dziadek grał na saksofonie. Tata i wujostwo występowali na zabawach tanecznych. Więc muzykę mam w genach. Jak szliśmy do kościoła, to jako dziecko zawsze czekałem na błąd organisty. Byłem z siebie dumny, gdy wychwyciłem jakiś fałsz. W 1998 roku sam zacząłem grać w kościele w Nowym Miasteczku, miałem wtedy 14 lat. W tym kościele grała moja siostra i ona mnie zachęciła. Po pięciu latach poszedłem do Bytomia Odrzańskiego, bo umarł tam organista. Nie planowałem, że tak długo tam zostanę.

Co pana zatrzymało w Bytomiu?

– W kościele wypatrzyłem przyszłą żonę. Stała zawsze pod chórem. Mijałem ją, gdy w czasie kazania szedłem ogrzać się na plebani. Któregoś dnia umówiliśmy się, a później wzięliśmy ślub. Dziś mamy dwoje dzieci, trzecie w drodze. Wszystko dzięki organom.

Pamięta pan pierwszą pieśń, którą zagrał?

– To była pierwsza niedziela adwentu. Zagrałem „Archanioł boży Gabriel”.

A swoje wpadki pan pamięta?

– Na początku dużo się myliłem, fałszowałem, zmieniałem melodię. Wielkich wpadek chyba nie miałem. Ale jak chodziłem jako młody organista z opłatkiem, bo taki był zwyczaj, to ludzie chcieli kupować od starego organisty. A przecież on trzy lata już nie żył! Nie chodzili do kościoła, więc nie wiedzieli. A niektórzy wołali za mną „proszę księdza”.

Ilu księży „przewinęło się” przez plebanię, odkąd pan jest organistą?

– W Bytomiu mam już trzeciego proboszcza. Było też kilku kościelnych, kilku wikarych…

Opłaca się być organistą?

– W przyszłości to może być dobry zawód, bo organistów kościelnych jest coraz mniej. Na wschodzie Polski są bardzo poszukiwani. Widziałem na przykład takie ogłoszenie, że ksiądz szuka organisty i oferuje nie tylko pensję, ale też mieszkanie służbowe i posadę nauczyciela w szkole. Ale za bycie organistą płaci się też wysoką cenę.

Jaką?

– W święta w zasadzie nie ma mnie w domu, bo gram w kościele. W Wigilię wychodzę na pierwszą pasterkę o 19, a wracam po północy. Ale najtrudniejsze są pogrzeby. Proszę sobie wyobrazić sytuację, że umiera dziecko dobrych znajomych i trzeba na takim pogrzebie zagrać. Ja taką sytuację przeżyłem. Grałem też na pogrzebie kolegi, który zginął w wypadku. Gram na pogrzebach ludzi, których znałem, mijałem na ulicy. Bywa, że wierni się dziwią, że w trakcie mszy pogrzebowych ja zaglądam do telefonu, do książki albo przeglądam nuty. Ale ja w ten sposób skupiam się tylko na pracy i łatwiej jest mi nie myśleć o zmarłym, o bliskich pogrążonych w żałobie. Przecież nie jestem z kamienia. Na pogrzebach dzieci jest najtrudniej. Wtedy ciężko zapanować nad emocjami. Bywa, że przestaję śpiewać, bo nie jestem w stanie. I to jest cena, którą płaci organista. Ale więcej jest tych dobrych momentów, jak chrzciny, komunie, śluby…

Na swoim ślubie też pan zagrał?

– Nie (śmiech). Ale kolega, jak montował kasetę, to wkleił fragment z innego ślubu i wyszło tak, jakbym grał. Na chrzcinach moich dzieci też nie grałem (śmiech). A skoro o dzieciach mowa, to mam nadzieję, że albo syn, albo córka pójdą w moje ślady i któreś zostanie organistą.

Dziękuję za rozmowę.

Napisz komentarz »