REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Karetka nie mogła dojechać

Opublikowano 03 lutego 2019, autor: Patryk Świtek

– Słyszeliśmy, że jedzie do nas karetka, ale wiedzieliśmy, że to jeszcze potrwa, bo dojazd jest tragiczny – mówi rodzina Radosława Cieślaka, który wykrwawił się przed domem.

O tragedii w Kierzkowicach, k. Stypułowa pisaliśmy w ub. tygodniu. Przypomnijmy, 47-letni Radosław Cieślak ciął drewno i przewrócił się na piłę. Ostrze odcięło mu rękę tuż przy ramieniu. Wykrwawił się przed domem. Śledztwo w tej sprawie prowadzi prokuratura w Nowej Soli. Sprawdza, czy dostał ataku padaczki, czy po prostu stracił równowagę.

Michał Peciak, szwagier Radosława widział całe zdarzenie.

– Przechylił się na piłę. Jak dobiegliśmy, ręka leżała pod nim. Zobaczyłem tylko gumiaka, który utkwił między kawałkami drewna. Zaklinował się, albo drzewo spadło mu na nogę. Wtedy pewnie stracił równowagę – mówi.

Anna, siostra Radosława prześcieradłem tamowała krwotok. Wezwali pogotowie.

– Wyszedłem za dom i machałem do nich, żeby wiedzieli, gdzie jechać – opowiada Michał.

– Słyszeliśmy, że jedzie karetka. Brat wtedy jeszcze oddychał – dodaje Anna.

– Odcinek od drogi wojewódzkiej do naszego domu jechali chyba ze trzy minuty. Reanimowali brata przez 40 kolejnych. Niestety nie udało się go uratować. Po wszystkim powiedzieli, że mamy tragiczną drogę – dodaje szwagier Radosława.

 

Dziękuję za drogę

Kierzkowice to przysiółek Stypułowa. Stoją tam dwa budynki. Jeden jest pusty, bo właściciele zmarli. W drugim mieszkał Radosław z rodziną. Żeby tam dojechać trzeba przemierzyć 1,5 km po szutrze. Droga jest błotnista i pełna dziur.

Michał przed wypadkiem był w urzędzie w Kożuchowie.

– Powiedziałem, że nie ma do nas dojazdu. Od urzędniczki usłyszałem, że mogą przywieźć ciężarówkę szlaki, ale muszę ją sam rozsypać. Musiałbym przecież wynająć koparkę – denerwuje się.

Po tragedii znów odwiedził urzędników. – Tej samej pani podziękowałem wymownie za drogę i wyszedłem – wspomina.

Burmistrz Paweł Jagasek tłumaczy, że co roku odświeża trasę do Kierzkowic.

– W tej chwili nie możemy jej łatać, bo wyrzucilibyśmy pieniądze w błoto. Naprawimy ją wiosną – zapewnia.

– Faktycznie co roku coś tu robią, ale za te pieniądze dawno by już zrobili asfalt. Chociaż do krzyża. Poprzedni burmistrz wydał setki tysięcy na fontannę, obecnemu marzy się klimatyzacja. Na to są pieniądze, ale na drogę do nas nie ma – denerwuje M. Peciak.

Napisz komentarz »