REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Las zabrał Grzegorza

Opublikowano 03 lutego 2019, autor: Patryk Świtek

Grzegorz Kubera (36 l.) zginął przy wyrębie lasu. Spadło na niego drzewo. Osierocił trójkę dzieci, w tym 10-miesięcznego Kacperka. – Pozostała pustka, której nie da się wypełnić – mówią przyjaciele.

– Żył lasem i las nam go zabrał – mówi Anna Kubera, żona Grzegorza.

W czwartek (24.01.) widziała go po raz ostatni.

– Zdążyłam tylko drzwi za nim zamknąć – wzdycha. – Zawsze wstawałam rano, ale Kacper, nasz najmłodszy synek pół nocy nie spał, bo mu zęby idą. Grzegorz powiedział, żebym nie wstawała, że zrobi sobie śniadanie i pójdzie do pracy – opowiada.

W ciągu dnia wymienili kilka smsów.

– Robiłam zakupy, nic nie przeczuwałam – mówi Anna.

Zginął na miejscu

Do tragedii doszło ok. 12.00 w lesie k. Dobromila, niedaleko Nowego Miasteczka. Sprawą zajmuje się prokuratura w Głogowie. Wstępnie ustalono, że w trakcie wycinki gałąź spadła Grzegorzowi na głowę. Drzewo, które wyciął przewróciło się na drugie i zerwało konar. Sekcja wykazała, że miał poważne obrażenia głowy.

Bliscy dowiedzieli się, że Grzegorz uciekał z miejsca wycinki, gdy drzewo zaczęło się pochylać. Nie widział, co dzieje się za nim. Złamana gałąź uderzyła go w plecy. Upadł na ścięty pień i uderzył głową.

Całe zdarzenie widział kolega Grzegorza, który pomagał mu przy pracy. Jest głównym świadkiem w tej sprawie. Na miejscu było pogotowie, ale lekarze nie przystąpili do reanimacji, bo gdy przyjechali Grzegorz już nie żył. Prokuratura powołała biegłego z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy. Śledczy mówią jednak, że pracownicy byli trzeźwi, mieli przeszkolenie i kaski. Grzegorz był doświadczonym drwalem. Rodzina opowiada, że przy wycinkach pracował od 18. roku życia. W Zakładzie Usług Leśnych z Lipinek pracował prawie 9 lat. – Nie był najstarszy w brygadzie, ale szanowano go za jego doświadczenie. Pracownicy przyjeżdżali do niego, żeby im piły czyścił, albo kosy ostrzył – mówi rodzina.

Całe życie w lesie

Grzegorz mieszkał w Zwierzyńcu, k. Siedliska. Mama Krystyna wspomina, że gdy go rodziła we wsi postawiono i poświęcono krzyż. Z czasem krzyż spróchniał. Dwa lata temu Grzegorz pomagał przy postawieniu nowego.

– Kochał las i konie. Jako mały chłopiec jeździł z ojcem do lasu na tzw. zrywkę. Kiedyś kupił sobie konia i trzymał rekreacyjnie. Traktował go jak pieska. Cztery posiłki dziennie mu przygotowywał – wspomina mama. Konno jeździł z kolegami, a nawet z wójtem Siedliska. Znał się ze wszystkimi leśniczymi w okolicy.

Michał, leśniczy z okolic Siedliska: – Bardzo serdeczny kolega, miłośnik przyrody, można powiedzieć człowiek lasu. Zawsze pogodny, wesoły, serce miał na dłoni. Cieszę się bardzo, że mogłem go poznać. Pozostała pustka, której nie da się wypełnić – mówi.

Grzegorz pozostawił po sobie opinię człowieka, który nikomu nie odmawiał pomocy.

– Swoją robotę zostawiał i szedł sąsiadowi drzewo pociąć. Nic za to nie brał – mówi Anna.

Zawsze uśmiechnięty i pogodny

Grzegorz wiele przeszedł w życiu. Wspólnie z żoną stracił dwójkę dzieci. Kilka lat temu miał też poważny wypadek na motorze.

– Nie ruszał się, nie mówił. Lekarze nie dawali mu szans na normalne funkcjonowanie – opowiada Anna. Wypisała go ze szpitala na własne życzenie, a w domu razem z synami postawiła na nogi. Po roku po wypadku nie było śladu.

Grzegorz miał trzech synów. 16 i 13-letniego, a także 10 miesięcznego Kacperka. Starsi skoczyliby za nim w ogień.

– Razem jeździli ciągnikiem, motorem. Chodził z nimi do lasu drzewa sadzić. Po mnie by tak nie płakali – mówi Anna.

Kacperek był oczkiem w głowie taty.

– Wracał z pracy i nigdy nie narzekał, że jest zmęczony. Brał Kacperka, bo chciał go mieć koło siebie. Dwa lata się o niego staraliśmy. Gdy się rodził ważył 900 gram – opowiada żona. Dwa dni przed śmiercią Grzegorz poprosił, żeby zrobiła mu zdjęcie z synkiem. To właśnie tę fotografię powiększono i umieszczono na urnie.

– Jest tam uśmiechnięty, pogodny. Takiego go zapamiętamy – mówi żona.

Pogrzeb odbył się w środę (30.01.) w Siedlisku. Grzegorza, żegnali bliscy, sąsiedzi, pracownicy ZUL, leśniczy i nadleśniczy z okolic. Był też wójt.

Anna pochowała go w drewnianej urnie. Spoczął we wspólnym grobie ze swoimi dziećmi.

– Będzie ich teraz strzegł – mówi rodzina.

Napisz komentarz »