REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Śmierć w płomieniach

Opublikowano 24 lutego 2019, autor: Patryk Świtek

Irena Taborska (72 l.) zginęła w pożarze domu w Dębiance. – Tragedia goni u nas tragedię. Dopiero co pochowaliśmy ojca, a teraz straciliśmy matkę – mówi Renata Taborska, córka Ireny.

W niedzielę (17.02) wieczorem Renata poszła napalić w piecu, żeby nagrzać wodę do kąpieli. Pani Irena ogrzewała się piecykiem typu koza, który stał na środku pokoju.

– Córka pojechała tego dnia do syna. W domu zostałam sama z Wieśkiem. Oglądałam telewizję. On robił kanapki i nagle poczuł dym. Poszedł sprawdzić, co u mamy. Otworzył drzwi i ogień buchnął na korytarz – wspomina Renata. Pokój mamy stał w płomieniach.

– Nie można było tam wejść. Sami uciekaliśmy w popłochu, bo byśmy się spalili. Bałam się, że może dojść do wybuchu, bo mamy butlę z gazem – opowiada.

Sąsiedzi wezwali straż. Na miejsce przyjechały zastępy z Nowej Soli, a także OSP Siedlisko i Przyborów. – Całe mieszkanie i dach były w ogniu – informuje Tomasz Duber, dowódca jednostki ratowniczo-gaśniczej PSP w Nowej Soli. W zgliszczach strażacy znaleźli zwęglone ciało pani Ireny. Akcja trwała do 23.00. Na miejsce przyjechała policja i prokurator.

Możliwe, że zaczęło się od piecyka. Renata podejrzewa, że mama mogła się zaczadzić.

– Nie było krzyków, a przecież na widok płomieni wołałaby o pomoc. Poza tym, tam był jeszcze pies Bober. Dziwne, że nie szczekał. Mama była po dwóch udarach, mogła mieć zawał – mówi.

 

Podwójne nieszczęście

– Tragedia goni u nas tragedię – wzdycha Renata. Kilka dni przed pożarem umarł jej ojciec Piotr (76 l.). – Miał miażdżycę. Amputowano mu nogi. Zmarł z czwartku na piątek. We wtorek (19.02.) miał być pogrzeb. Mama załamała się po jego śmierci – opowiada Renata.

Renata wspomina mamę jako zaradną i pracowitą osobę. – Szóstkę dzieci odchowała. Co sezon zbierała jagody i sprzedawała w skupie – opowiada. W ostatnich latach miała problemy ze zdrowiem. – Przez udary ledwo chodziła. Musiała się wspierać na balkoniku, ale dawała sobie radę – wspomina.

 

Trzeba żyć dalej

Po pożarze Renacie trochę pomogła gmina. – Przenocowaliśmy w internacie po byłym Rolniczaku. Kupili nam żywność. Ubrali mnie i córkę na pogrzeb taty. Dostałam też 200 zł na zakupy w sklepie. Ale potrzeby są większe. Teraz jestem u koleżanki. Potem pojadę pomieszkać do brata. Ale ile można się tak tułać? Niestety gmina nie ma dla mnie lokalu zastępczego – mówi.

Renata nie pracuje, bo musi się zajmować 10-letnią córką Nicolą. Skarży się, że ludzie zrzucają na nią winę za pożar. Policja ustaliła, że dniu śmierci matki była pod wpływem alkoholu. Miała dwa promile. Renata zapewnia, że wszystko pamięta, że była świadoma. – Gdybyśmy weszli w płomienie, sami byśmy zginęli – mówi.

Liczy na pomoc dobrych ludzie. – Potrzebne są materiały budowlane. Dach trzeba zrobić, elektrykę, odmalować. Meble by się przydały, bo wszystko jest przesiąknięte smrodem. Jestem bez grosza – mówi..

W oknie postawiła znicz. – Strasznie żal mamy, ale trzeba żyć dalej – mówi.

 

Napisz komentarz »