Kultura, Oświata, Ludzie, wydarzenia

Kożuchów ma swoje księżniczki

Opublikowano 18 maja 2019, autor: Michał Szczęch

W sobotę (25.05) z okazji Turnieju Rycerskiego mieszkańcy Kożuchowa przebiorą się w średniowieczne stroje. Tę tradycję zapoczątkowała Katarzyna Gaczyńska.

Gdy pani idzie w pochodzie z okazji Turnieju Rycerskiego w Kożuchowie, to jest pani Katarzyną Gaczyńską, dyrektorką SP nr 2, nauczycielką historii czy może raczej księżną?

– Staram się być dyrektorką i nauczycielką. Ale jak ktoś nazwie mnie wtedy księżną, to się nie obrażę. O! Proszę spojrzeć, to jest zdjęcie sprzed kilku lat…

Wygląda pani na nim jak jakaś zakonnica.

– Bo tak wtedy ubierały się średniowieczne matrony. Były czepce różnego rodzaju, były surkoty. Pan wie, że te stroje uszyłyśmy z prześcieradeł, z pościeli, z obrusów?

Kto uszył?

– Ja i koleżanki. W 2010 roku, jako Towarzystwo Miłośników Ziemi Kożuchowskiej, chcieliśmy uczcić okrągłą rocznicę naszego miasta. Bo w 1310 księżna Mechtylda dała prawo, by Kożuchów mógł ustanowić samorząd z burmistrzem na czele. I 700 lat później rzuciłam hasło „Przebieramy się!”. I wtedy się zaczęło. Było nas pięć osób. Z Anią Kulczycką, która jest teraz dyrektorką Centrum Kultury Zamek, napisałyśmy projekt unijny, zdobyłyśmy pieniądze. Wtedy weszłam w problematykę strojów średniowiecznych. Przeglądałam książki, katalogi, strony internetowe. Oglądałam filmy historyczne, na przykład „Krzyżaków”. Jest tam znakomita scena, jak kroczy król Jagiełło i księżna mazowiecka. I stroje w tej scenie są pięknie wyeksponowane…

Jak ludzie reagowali na początku, widząc panią w takiej kreacji?

– Wyszli z kościoła i wszystkie oczy na mnie. Bo ja, Katarzyna Gaczyńska, dyrektorka szkoły, stoję w welonie, w zielonym surkocie, w czerwonej, starodawnej sukni. Zdziwienie „co ona robi?”. Niektórzy nie dowierzali, inni podchodzili z zaciekawieniem. Z biegiem lat zaczęli się przyzwyczajać.

Kto panią uczył szyć?

– Mama. A w szkole pani Krystyna Sadowska. W okresie transformacji szyłam swoim dzieciom, bo czasy były trudne. Wtedy nabrałam jako takiej wprawy. Ale szyć dla siebie nigdy nie miałam odwagi, dlatego pierwszą moją średniowieczną suknię uszyła profesjonalna krawcowa.

Jak wyglądała ta suknia?

– Była XIII-wieczna, więc skromna. Prosty surkot.

A suknia, którą pani uszyła sama?

– Była już bogatsza, z dodatkami. Wykonałam wiązania, dodałam tasiemki, pięknie wykończyłam dekolt, zamiast prostych rękawów zrobiłam łamane.

Zresztą, taka jest nasza idea, że co roku, gdy odbywa się święto Kożuchowa, staramy się mieć nowy strój. W XV wieku Kożuchów był miastem książęcym, więc pewne warstwy społeczne ubierały się naprawdę bogato. Strój XV-wieczny to szaperony, czepce rogate, siodłowe, z welonem. Poprosiłam jednego pana, żeby wykonał mi metalową obręcz na głowę, pięknie wybijaną. Wykonał też pas średniowieczny, z okuciami, z klamerkami. Liczą się detale, więc zrobiłam też jałmużniczkę, czyli niewielką torebkę, w której XV-wieczne damy trzymały drobne dla biednych. A wie pan, że ludzie powoli się przyzwyczajają do tego, że w SP2 szyją stroje? Przynoszą nam różne rzeczy.

Co przynoszą?

– Na przykład resztki materiałów. Kolega, który chodzi na złom, przynosi resztki metalowej biżuterii. Wczoraj pani z zaprzyjaźnionego second handu przyniosła dwa kaszkiety, inna odkłąda worki z elementami garderoby, których nikt nie kupuje, kolejna sprowadza resztki tkanin. Kupno aksamitu, lnu, to są potworne koszta. A przecież materiały muszą w wyglądzie, w strukturze, w kolorze odpowiadać tym średniowiecznym. Stąd mój wielki ukłon dla wszystkich pań z second handów, których w Kożuchowie jest sporo. Te panie zawsze wiedzą, że ta pościel, ta zasłona może się przydać Gaczyńskiej. Zdarzają się pościele z weluru. Zdarzają się zasłony z aksamitu. Niekiedy trafi się nawet żorżeta!

Piękna suknia, w której pani prezentowała się dwa sezony temu, z czego została uszyta?

– Użyłam czterech zasłon z aksamitu. Notabene miałam wtedy na sobie trzy suknie. Giezło, czyli kobiecą bieliznę średniowieczną. Spodnią suknię czarną, która musi być cienka, najlepiej lniana, żeby człowiek się nie ugotował. I na to suknia wierzchnia, z czterech zasłon aksamitnych. Na same rękawy poszła jedna zasłona!

Ile czasu powstaje taki strój?

– Nie wiem, nie liczę. Bywa, że wracam z pracy, siadam przy maszynie i szyję do pierwszej w nocy. Wcześniej, jak nie miałam jeszcze wprawy i szyłam ze zdjęć, to zajmowało więcej czasu, bo robiłam to intuicyjnie, musiałam często nanosić poprawki. Pierwsza moja suknia miała dwumetrowy tren. I był problem. Bo jak poruszać się z dwumetrowym trenem? Ani usiąść, ani się cofnąć. Tren po prostu musiałam skrócić. Dziś szyję z rysunku, idzie mi znacznie sprawniej.

Ile strojów uszyła pani przez te wszystkie lata?

– Na pewno ponad sto, głównie dla uczniów. Co roku trochę te stroje przerabiamy, żeby dostosować do kolejnej epoki. Teraz chciałabym nauczyć się robić średniowieczne buty.

Kolekcjonuje pani swoje suknie, gromadzi gdzieś?

– Nie mam na to miejsca, bo mieszkam w bloku. Ale moje suknie często po prostu przerabiam, by w kolejnym roku zaprezentować się w nowej kreacji. Stroje pozostałe trzymamy w trzech szafach w piwnicy. Na garderobę przerobiliśmy też dawne zaplecze kuchenne, malutkie szkolne pomieszczenie.

Żałuje pani, że nie urodziła się w średniowieczu?

– Nie! Jako kobieta nie żałuję, zbyt dobrze znam historię. Przeszłam porządną grypę, której w średniowieczu pewnie bym nie przeżyła. A poza tym w średniowieczu pewnie by mnie już nie było, bo ludzie wtedy dożywali średnio 35 roku życia. Jeśli ktoś nie zginął na wojnie i zarazy go nie pochłonęły, to miał szansę, że pożyje troszkę dłużej.

A nie krępuje się pani wychodzić w takim stroju do ludzi?

– Walczyłam z tą krępacją, z kompleksami, bo przecież ja nie jestem Miss Polonia. I nadal walczę. Ale jestem dumna, że udało mi się zaszczepić w ludziach pasję. Widzę coraz więcej przebranych osób, które poczuły, że można to robić i czuć się z tym dobrze. Cieszę się, że przełamuję pewne stereotypy. Jest to szczególnie ważne dla mnie jako kobiety. Jestem dumna, że dzieci chcą się bawić i coraz częściej bawić się chcą ich rodzice. O ile jednak kobiety szybciej wchodzą w role, o tyle z panami jest problem. Mamy grupkę panów, którzy chcą się bawić, którzy się przebierają, ale przydałoby się ich więcej.

Z czego wynika niewielka ilość panów?

– Utarło się, że mężczyzna musi być twardzielem, maczo. I tacy mężczyźni twierdzą, że paradowanie w średniowiecznych strojach jest zwyczajnie niemęskie. A ja uważam, że trzeba mieć odwagę, żeby się przebrać i z podniesioną głową maszerować, oznajmiając wszystkim, że w ten sposób cieszę się życiem. To jest wielka odwaga!

Jaka idea przyświeca pani i pozostałym zaangażowanym osobom?

– Kożuchów nie ma przemysłu. Nie leży na szlakach handlowych. Ale to, co ma, to rewelacyjne zabytki, piękne położenie, bogata historia, tradycje. Zależy nam na tym, żeby ludzie nauczyć, że trzeba cenić to co się ma i z tego zrobić wartość, produkt turystyczny. Marzę, żeby nasz korowód stał się takim produktem, promującym nasze miasto w regionie. Jestem zafascynowana włoskimi i hiszpańskimi zwyczajami, gdzie całe dzielnice mają przypisane barwy, przypisany rodzaj ubioru i przy okazji na przykład święta przebierają się. I jest to dla nich zaszczyt, a nie obowiązek. Może u nas będzie tak samo? Słowa uznania kierują dla poprzedniego burmistrza Andrzeja Ogrodnika i dla obecnego – Pawła Jagaska. Bo oni też zaczęli się przebierać. Ba! Przebiera się cała rodzina burmistrza Jagaska! Żona burmistrza wygląda przepięknie w średniowiecznej sukni, sama ją uszyła. Coś pięknego! Świetnie przebrała też synów. Widząc ich razem w zeszłym roku byłam niesamowicie dumna. Bo taka postawa daje odwagę kolejnym ludziom. A, nie ukrywajmy, każdy z nas chce być księciem, księżniczką, przynajmniej na chwilę – prawda?

Napisz komentarz »