REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Justyna ma wielkie serce

Opublikowano 22 czerwca 2019, autor: Michał Szczęch

Potencjał w Justynie dostrzegła pani Marzena. Spotykały się, rozmawiały. Aż któregoś razu pani Marzena wspomniała o wolontariacie. – Czy ja też mogę? – zapytała Justyna. – Oczywiście! – usłyszała. I tak się zaczęło…

Pamiątkowe zdjęcie najzdolniejszych uczniów z Nowej Soli. Stoją przed urzędem miasta, z dyrektorami szkół, z radnymi, z urzędnikami, z prezydentem. Wszyscy raczej poważni, a Justyna uśmiecha się od ucha do ucha.

– Bo Justyna tak już ma, że zawsze się śmieje – mówi Marzena Szymkowiak, pedagożka i psycholożka szkolna w LO w Nowej Soli. W tym LO Justyna się uczy i udziela w wolontariacie prowadzonym przez panią Marzenę.

– Nie spodziewałam się, że spośród tylu świetnych osób zaangażowanych w wolontariat, to właśnie mnie wybiorą na wolontariusza roku w naszej szkole i uhonorują nagrodą od prezydenta – mówi skromnie Justyna. – Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że właśnie ty zasłużyłaś – odpowiada pani Marzena.

W autobusie,

w sklepie, na ulicy…

Do szkoły Justyna dojeżdża codziennie z Różanówki, niewielkiej wsi w gminie Siedlisko. Zdarza się, że do autobusu wchodzi starsza osoba, a młodzież siedzi, jak gdyby nigdy nic. Justyna jest wtedy zła na swoich rówieśników, za ten brak szacunku, za obojętność. Ona zawsze wstanie, żeby ustąpić miejsca. Jeśli coś komuś wypadnie, to podniesie i poda. Pomoże w dźwiganiu zakupów do domu, jeśli widzi, że ktoś nie daje rady. Zagada, jeśli czuje, że ktoś potrzebuje rozmowy. Dla znajomych często jest jak psycholożka. Wysłucha, pocieszy. Bo Justyna tak już ma, że nie potrafi przejść obojętnie obok potrzebującego człowieka.

 

Czy ja też mogę?

 

Potencjał w Justynie dostrzegła pani Marzena. Spotykały się, rozmawiały. Aż któregoś razu pani Marzena wspomniała o wolontariacie. – Czy ja też mogę? – zapytała Justyna. – Oczywiście! – usłyszała. I tak się zaczęło.

– Nie bez kozery zaczęłam mówić o tym wolontariacie, bo trzeba stworzyć okazję, nie wolno nikogo zachęcać na siłę – wyjaśnia pani Marzena. – Zapraszam uczniów do wolontariatu, bo to świetna nauka bycia dobrym człowiekiem – podkreśla. – To buduje w człowieku poczucie własnej wartości. Jeden wolontariusz pozytywnie działa na drugiego… – właśnie tak mogło być z grupą chłopaków, których pani Marzena zaprosiła niedawno. Bardzo narozrabiali. Dziś, przebywając z Justyną i z pozostałymi zaangażowanymi uczniami, chłopaki wychodzą na prostą. Zapałali taką pasją do niesienia pomocy, że zgłaszają się do kolejnych akcji na rzecz dzieci z niepełnosprawnościami i osób starszych.

 

Serce dla serca

 

Akcji, prowadzonych przez grupę wolontariuszy z nowosolskiego LO, jest sporo.

– Sprzedawaliśmy na przykład ciasta, żeby zarobić na rzecz niepełnosprawnych osób – wylicza Justyna. – Przyłączyliśmy się do akcji „Serce dla serca”. Polegała na zbieraniu książek dla podopiecznych ośrodka leczenia psychiatrycznego dzieci i młodzieży w Zaborze. Przygotowaliśmy kawiarenkę w trakcie charytatywnego koncertu karnawałowego w naszym liceum…

Justyna współpracuje też z Centrum Wolontariatu Stowarzyszenia „Radość” działającego przy Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym. I w ramach tej współpracy przygotowywała zabawę karnawałową dla podopiecznych ośrodka, przygotowywała zabawy plastyczne, szkolenie „Na niebiesko dla autyzmu”, pomagała w przygotowaniach Olimpiady „Radość”.

Z uczniami LO zaangażowała się też w akcję „Podarunek serca”. Polegała na przygotowaniu prezentów dla podopiecznych Domu Pomocy Społecznej w Bełczu. Współpraca z DPS jest okazją, by młodzi spotykali się ze starszymi, często samotnymi ludźmi. Wtedy nabierają szacunku i pokory. Pani Marzena pamięta kilka sytuacji, gdy młodzi wolontariusze, po wizycie w DPS, dochodzili do ważnej refleksji, że muszą zmienić stosunek do własnych dziadków. – A ja byłem taki niedobry dla babci, dla dziadka – młodzi wzdychali i bili się w pierś.

 

Z wdzięczności za

uratowanie życie

Uczniowie z LO w Nowej Soli nabierają też szacunku i pokory, gdy przebywają z Justyną. I to nie tylko dlatego, że Justyna pochodzi jakby z innego świata, bo nie jest dla niej najważniejszy sukces za wszelką cenę, a drugi człowiek. Powodów tej pokory i szacunku jest więcej.

Pani Marzena wspomina wycieczkę w góry. Uczniowie wspinali się na szczyt. I, widząc, że Justyna daje radę, że cały czas się śmieje, przestawali narzekać.

– Byłam jeszcze bardzo mała, gdy trafiłam do szpitala – opowiada Justyna. Choć miała wtedy tylko trzy lata, to pamięta doskonale oddział onkologiczny w Warszawie. Bo cierpienia dzieci, które walczą z rakiem, nie sposób zapomnieć.

– Najpierw zaczęłam kuleć na nogę – wspomina. – Straciłam czucie w ręce. Doktor stwierdził, że mam guza mózgu. Przetransportowali mnie do Warszawy. Trzeba było działać natychmiast. Potrzebowaliśmy ogromnych pieniędzy na leczenie. I wtedy pomogli ludzie, bezinteresownie, w trakcie licznych zbiórek i akcji. I właśnie tym wszystkim ludziom zawdzięczam, że żyję. Dziś, jako wolontariuszka, ja staram się dziękować za tę pomoc, którą otrzymałam w przeszłości.

Napisz komentarz »