REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Ten urząd to moje życie!

Opublikowano 06 sierpnia 2019, autor: FP

Elżbieta Ściopko-Moszkowicz, szefowa Powiatowego Urzędu Pracy, odchodzi na emeryturę.

Zaczęła pani pracę w urzędzie w 1993 roku. To było jeszcze przed okresem największego bezrobocia.

Sprawdziłam: najwięcej osób bezrobotnych, bo prawie 16 tys., było w 2001 roku. A najwyższa stopa była w roku 2003 i to było aż 39 proc. Mówimy o powiecie.

Teraz stopa to „osiem z kreseczką” a bezrobotnych mamy 1,7 tys. osób. Więc czasy są diametralnie różne.

A jak to wyglądało w latach 90.?

To była bardzo trudna praca. Praca z ludźmi. Często zrozpaczonymi, na skraju życiowej przepaści. Ludzie tracili kariery.

W ogóle bezrobocie to było nowe zjawisko w Polsce. Bo przecież wcześniej nie było bezrobocia. Nikt więc tego zjawiska nie rozumiał i każdy z nas uczył się tego, jak tym ludziom pomóc. Co ważne, udało nam się zbudować wspaniały zespół nie karierowiczów, nie ludzi nastawionych na kokosowe zarobki, tylko ludzi z poczuciem misji. To były piękne czasy, choć trudne. Ale mieliśmy naprawdę zgrany zespół, bez podziału na kierownika i zwykłego pracownika.

Jasne, mieliśmy przepisy. Ale co człowiek, to inna sytuacja. Każdy zakład, który upadał czy się tworzył, to inna historia.

Ale upadających było więcej.

Oj, tak. Wtedy praca to było dobro tak pożądane, że nawet teraz mam gęsią skórkę jak o tym mówię. To były trudne chwile, siedzieć oko w oko z drugim człowiekiem, który jest na skraju rozpaczy.

Były takie sytuacje, że mogliście tylko wzruszyć ramionami?

Nigdy nie wzruszaliśmy ramionami. Uczyliśmy się wszyscy tego, że nie wolno okazywać bezradności.

Żyła pani tymi wszystkimi sprawami po pracy?

Od tego nie da się odciąć. To jest małe miasto i gdy idzie się ulicą, to spotyka się tych ludzi, oni zaczepiają, proszą. Tego się nie da opowiedzieć, tych emocji. To były trudne lata, ale myślę, że sobie poradziliśmy.

Skoro zaczęła pani w 1993, a dziesięć lat później na rynku wciąż było źle… To musiało być 10 lat katorżniczej pracy.

Tak. Ale problemem zawsze były też przepisy. One powinny ułatwiać życie, a one zmieniały się z prędkością światła.

Czyli nie przeszkadzały wam przepisy same w sobie, tylko tempo zmian?

Dokładnie. Może tam u góry ktoś sobie nie zdaje z tego sprawy, ale to wszystko jest jak domino. Bo ostatecznie wszystko trzeba zmieniać tu, na dole. A osoba, która do nas przychodzi musi mieć jasność, po co przyszła, co może i co my możemy. Tymczasem ludzie przychodzili do nas z roszczeniem: macie mi pomóc. A my musieliśmy się w tym odnaleźć.

Ale w końcu po latach przyszedł oddech?

Na krótko, bo znowu przyszedł kryzys, choć miało być tak pięknie, dobrze.

Jak pojawiły się nowe fabryki, to mieliśmy o tyle lżej, że było więcej ofert pracy. Na samą aktywizację mieliśmy 15-18 mln zł, to były ogromne pieniądze jak na nasze warunki.

Inna sprawa, że ogromną rolę odegrały u nas roboty publiczne i pan Jerzy Ceglarek. Prawdziwa legenda. Ludzie dzięki tym robotom odnajdywali sens życia. A gdy ruszyła strefa, znajdowali tam zatrudnienie i pracują do dzisiaj. Ile osób pan Ceglarek wyciągnął w ten sposób z patologii… To było dobrodziejstwo.

Po kryzysie było już chyba tylko lepiej?

Potem to już poleciało… Tak obrazowo: kiedyś na dole były pokoje, które obsługiwały ludzi alfabetycznie. Jeden pokój obsługiwał 3,5 tys. ludzi. Pokoi było pięć – sześć. Teraz bezrobotnych mamy 1,7 tys. To nawet nie jest pół pokoju.

Są takie sytuacje z tych wszystkich lat, które naprawdę zapadły pani w pamięć?

Cały ten okres zapadnie mi w pamięć, bo przez te 26 lat ani razu nie było sytuacji, żebyśmy mogli pod koniec roku powiedzieć: „no chociaż raz nic się tu nie działo”.

Pamiętam jak jeździliśmy po wsiach i dostarczaliśmy ludziom „pity”, bo „nowelka” nie przyszła na czas. Cały urząd jeździł. Za darmo, swoimi samochodami. Każdy wiedział, że musimy to zrobić.

To było wstrząsające, bo co innego widzieć człowieka w urzędzie, a co innego zobaczyć go w domu, gdzie bieda aż piszczy.To robiło wrażenie. Ale może i nauczyło nas to trochę pokory.

Było raz tak, że ministerstwo nie przysłało na czas pieniędzy na zasiłki, to tu tłumy nas linczowały. A to przecież żadna nasza wina.

No i na pewno nie da się też zapomnieć powodzi w 1997 roku. Nasz księgowy płynął z wojskiem do Siedliska, żeby ludziom dać pieniądze na zasiłki. A my tu w ciągu jednego popołudnia i nocy przenieśliśmy wszystkie papiery i sprzęt na piętro. A tu przecież babiniec pracował. Panów mieliśmy może siedmiu czy ośmiu.

No i pamiętam jeszcze, że kiedyś uczniowie „Elektryka” w ramach praktyk zakładali nam instalację elektryczną.

Działa do dziś?

Nie! (śmiech). No ale wtedy, jak mieliśmy tylko cztery komputery, to wszystko grało. Dziś mamy ponad sto. No więc instalacja nam się w pewnym momencie mocno obciążyła no i… ściana zaczęła dymić. Wtedy właśnie znalazły się pieniądze na kapitalny remont, ale urząd w tym czasie cały czas pracował! W pokoju 101 siedziało z piętnaście osób, okna pootwierane, maszyny dudnią, a my w tym pyle i hałasie obsługujemy ludzi.

Ale było fajnie, bo na samej górze siedziałam ja, mój zastępca, sekretarka, kadrowa, dwie księgowe i ktoś jeszcze. Super było, bo nie siedziałam sama jak palec!

Fajnie, że wspomina to pani z uśmiechem.

No, ale wtedy to był prawdziwy sajgon. Co roku coś. Zawsze coś się dzieje. Tylko czekamy kto i gdzie strzeli. Życzę mojej następczyni, żeby nie miała takich atrakcji.

Ale mimo wszystko lubiła pani tą pracę?

Oj! To moje życie!

Napisz komentarz »