REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Jak Kiełcz bociana ratował

Opublikowano 10 sierpnia 2019, autor: Michał Szczęch

Nie wiadomo, co stałoby się z bocianem z dachu domu przy ulicy Zielonej, gdyby nie pani Emilia.

Emilia Stachowska lubi czasem wyjrzeć przez okno. Wyjrzała w czwartek nad ranem. I na dachu domu przy ulicy Zielonej, między kominami, zobaczyła bociana. – Oglądałam go przez okienko, bo taki był ładny – opowiada. – Jak szłam spać, to oglądałam. Rano odsłoniłam firankę, a on dalej stał.

W końcu zaczęła liczyć: – Jeden dzień stoi, drugi dzień…

Pomyślała, że coś widocznie się stało, skoro nie może polecieć.

– Kolibał się z boku na bok, pewnie z głodu. Głowa tak mu wisiała. Żal mi się zrobiło, aż ścisnęło za serce.

„Boże! Co robić!?” zapytała. W sobotę wieczorem zadzwoniła do pani Adeli.

Zawezwała radnego i sołtyskę

Adela Cajkowska, to znana w okolicy działaczka na rzecz zwierząt. Przez lata, jako wolontariuszka, zajmowała się bocianami z powiatu nowosolskiego, współpracując z ogólnopolską organizacją.

– Bocian stojący na dachu kilka dni, bez wody i jedzenia, w słońcu, to nie jest normalna sytuacja – pomyślała. W niedzielę rano ściągnęła radnego. I Alfredę Strokę, sołtyskę.

– Razem uradziliśmy, że trzeba zawezwać straż – mówi sołtyska Stroka.

Telefon do doktor Heger

Strażacy zadzwonili do azylu dla ptaków, który działa w Zielonej Górze, przy uniwersytecie.

Azyl prowadzi między innymi dr Elżbieta Heger z wydziału nauk biologicznych. Dr Heger akurat jest na urlopie w górach, więc nie mogła przyjechać do Kiełcza.

Powiadomiła Adama Pełkę

A. Pełka, nauczyciel wuefu z SP-5 w Nowej Soli, pasjonuje się ornitologią. Zdobył nawet uprawnienia, żeby pomagać ptakom. W niedzielę rano pan Pełka pojechał do Kiełcza i ocenił, że bocianowi, który utknął na dachu, koniecznie trzeba pomóc. Ptak chwiał się coraz bardziej. Opierał się o komin…

 

Przyjechali strażacy

 

Mąż pani Adeli przyniósł duży ręcznik.

– Słuchajcie, jak wam się uda, to tak go z góry nakryjcie, żeby złapać i nie połamać skrzydeł – pouczyła pani Adela, która miała już nawet przygotowane miejsce na podwórku, gdyby konieczna okazała się rekonwalescencja.

Strażacy ustawili drabinę.

Ludzie akurat wracali z kościoła. Idąc ulicą Zieloną, przystawali, by zobaczyć akcję ratowania boćka. – Przecież to polski symbol. Przynosi szczęście. I dzieci! – mówili, mocno ściskając kciuki.

Strażacy wspięli się po drabinie na dach. Już mieli chwytać boćka. Już mieli zarzucić ręcznik… Bociek wzbił się w powietrze i odleciał.

To młody bociek. Widocznie wyleciał z gniazda i nie potrafił wrócić. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Ludzie zaczęli bić brawo.

 

A ja mam sumienie czyste

 

Nie wiadomo, co stałoby się z bocianem z dachu domu przy ulicy Zielonej, gdyby nie pani Emilia. – Jak odleciał, tak już teraz lata – cieszy się starsza pani, gdy wygląda przez okno, żeby obserwować. – Dzięki Bogu, że lata. A ja mam sumienie czyste, bo pomogłam.

Napisz komentarz »