REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Trochę jak doktor Dolittle

Opublikowano 19 sierpnia 2019, autor: Michał Szczęch

– Wychowywałam się w gospodarstwie, gdzie byli mama, tata, dziadek, babcia, ja i sporo zwierząt. Jak zdechła maciora, to trzeba było małą świnkę smoczkiem karmić, albo małą owieczkę, albo cielaczka. I karmiłam. Od małego miałam do czynienia ze zwierzętami – mówi Adela Czajkowska z Kiełcza.

– Może pan Bóg stworzył mnie po to, żebym całe życie zajmowała się rannymi zwierzakami. Same mi się do rąk pchają. A to wiewiórkę ranną znalazłam, a to puchacza. Odchowałam też dzięciołka. Później do karmnika sprowadzał młode. Nawet latem domagały się skwarków.

Pewnie mnóstwo tych zwierząt u pani było…

– Tydzień temu znaleźliśmy na podwórku jaskółkę. Skrzydła miała sklejone gumą do żucia. Sznurki, nitki, druty, żyłki, gumy nie mają prawa znaleźć się w zasięgu ptaków! Bo dla nich to niemal pewna śmierć. Jaskółka na szczęście trafiła do mnie. Pomalutku pościągałam tę gumę. A ona nie odlatywała. Chodziła mi po rękach, po ramionach. Wnukowi tak samo, jak papużka. Kiedyś odchowywałam już jaskółkę, więc wiedziałam, że co godzinę musi zjeść dwadzieścia much. Ale złap człowieku tyle! Syn wpadł na pomysł. Rozłożył obrus, na nim kawałki mięsa. I muchy same się zleciały. Jaskółka zjadła chyba ze sto. Napoiłam ją ze strzykawki. Odpoczęła. Zjadła jeszcze trzydzieści much. I odleciała.

Skąd w człowieku bierze się empatia do zwierząt?

– Wychowywałam się w gospodarstwie, gdzie byli mama, tata, dziadek, babcia, ja i sporo zwierząt. Jak zdechła maciora, to trzeba było małą świnkę smoczkiem karmić, albo małą owieczkę, albo cielaczka. I karmiłam. Od małego miałam do czynienia ze zwierzętami. A później zostałam nauczycielką, między innymi przyrody. W Kiełczu prowadziłam klub ekologiczny. Przyszedł któregoś dnia pan Zenek. Powiedział, że się wyprowadza z Kiełcza i chciałby mi przekazać opiekę nad bocianami, w ramach wolontariatu. No to się zgodziłam.

Na czym polegała ta opieka?

– Przez dwanaście lat byłam wolontariuszką ogólnopolskiego programu ochrony bociana, prowadzonego przez organizację ProNatura we Wrocławiu. Podobnych wolontariuszy w kraju było dwa tysiące. Zawsze w lipcu zbieraliśmy wyniki z bocianich gniazd z całej Polski. Ja miałam pod opieką dwa powiaty, wschowski i nowosolski. To było w sumie 120 gniazd. Nawiązywałam kontakty z sołtysami, żeby też obserwowali, badali, patrzyli. Zawsze szukałam w pobliżu gniazda babci albo dziadka. Prosiłam, żeby pilnowali gniazd. Później pisali do mnie listy ze swoimi spostrzeżeniami. Czy gniazdo z sukcesem lęgowym, ile młodych, kiedy odleciały, czy coś się zdarzyło itp. Z tych obserwacji sporządzałam sprawozdania i wysyłałam do Wrocławia. W Kiełczu rozpętało się bocianie szaleństwo!

Proszę opowiedzieć!

– Pasją zarazili się moi uczniowie. W parku, na topoli, było gniazdo. Dzieciaki siedziały w trawie z lornetkami i obserwowały. Był taki rok, że nasze bociany miały w gnieździe aż pięcioro młodych! Jedno pisklę miało mniejsze stópki niż pozostałe, więc rodzice wyrzucili je z gniazda.

Przyroda jest bezwzględna…

– Tak. Ale na szczęście pod gniazdem rósł krzak dzikiej róży. Mały bociek spadł na ten krzak i przeżył. Chłopcy przynieśli tego boćka do mnie. Daliśmy mu na imię Kajtek. Dzieci się zaangażowały i wspólnie o tego Kajtka dbaliśmy. Przynosiły ślimaki, rybki. Syn pomachał tylko łopatą i Kajtek biegł za nim do ogrodu, bo wiedział, że dostanie dżdżownice. Położyłam mu sianka pod drzewem, a on zbudował gniazdo. I znosił do gniazda wszystko co niebieskie. Krasnala ogrodowego traktował jak mamę, a nas jak swoją rodzinę. Kajtusiem żyła cała wieś. Gdy zaczynał fruwać, zawiozłam go do Kisielina, do ptasiego azylu, żeby tam nauczył się latać. A on wleciał w Kisielinie na dach i nie chciał zlecieć. Zadzwonili po mnie. Przywiozłam ślimaków, rybek, jajek na twardo. Tylko wysiadłam z samochodu i zaraz był przy mojej nodze.

To pani była jak bociania mama…

– Trochę tak. Ale dziś wiem, że Kajtusia chyba za bardzo udomowiliśmy. W Kisielinie potrafił wyganiać dzieci z basenu, jak chciał się wykąpać. Bo u nas, w Kiełczu, zawsze kąpał się w misce. W końcu zaczął fruwać. I latał na osiedle w Zielonej Górze. Bawił się tam z dziećmi na podwórku. I musieli po niego jeździć i odwozić go do Kisielina samochodem. Cwaniak był niesamowity. Ale w końcu dołączył do stada i poleciał. Co się z nim stało? Nie wiem. Czytałam w prasie o bocianie, który żebrał od kierowców jedzenie na stacji benzynowej. Nasz Kajtek bardzo lgnął do ludzi. Mam nadzieje, że to nie był on.

Bocianich historii było o wiele więcej.

Raz była burza i kilkudniowy bociek wypadł z gniazda. To było we Wrociszowie. Jedna z mieszkanek przywiozła go do mnie, ale ja takimi maleńkimi nie potrafiłam się zajmować. Owinęłam w watę, w futerko, włożyłam do pudełka i zawiozłam go do Kisielina. Wyrósł tam na pięknego bociana i odleciał.

Czego nauczyła się pani przy bocianach?

– Cierpliwości, pogody ducha. Spoglądam na bociany i mija stres, mija złość.

A czego nauczyli się pani sąsiedzi, znajomi?

– Czasem słyszę od ludzi, że zaszczepiłam im bakcyl do działalności społecznej. Że nauczyłam ich miłości i poszanowania dla przyrody. I dbałości, bo z nią jest u nas różnie. Ja uczulałam ludzi, żeby się zajmowali bocianami, bo często bywało tak, że chodził bocian bez nogi, albo leżał gdzieś ranny, a ludzie machali ręką. W działalność włączyłam strażaków, policjantów, strażników miejskich, pracowników energetyki. Szkoda, że tego programu prowadzonego prze ProNaturę już nie ma. Co dziesięć lat robi się międzynarodowe spisy. W 2005 roku mieliśmy w Polsce 42 tysiące par bocianich. W 2015 roku bocianich par było u nas o prawie dziesięć tysięcy mniej.

Napisz komentarz »