REKLAMA

Sport

Pozostały tylko wspomnienia…

Opublikowano 26 października 2019, autor: Jakub Kłyszejko

Brak drużyny, zarośnięte boisko, puchary rzucone do kartonu – tak wygląda piłkarska rzeczywistość w Lipinach. Nie ma już klubu Thrash Attack, nie ma rozrywki w niedzielę.

Eugeniusza Palę, zmarłego dwa lata temu, znali chyba wszyscy. Był prezesem, trenerem, kierownikiem, a czasem nawet piłkarzem. Prezesował przez 23 lata, a w trudnych momentach sam pojawiał się na murawie.

– Miał 53 lata i gdy brakowało ludzi do gry, to sam zakładał buty, mimo tego, że miał ucięty palec u stopy ? wspomina Celina Pala, żona pana Gienia. – Noga była spuchnięta, krew w bucie. Chciało mi się płakać i go lać. Nie miałam na niego siły. On mówił, że piłka byłą jego pierwszą żoną. Mnie poznał, gdy już grał…

Komunia i mecz

– Potrafił uciec z komunii córki. Był 1994 rok. Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy obiad, a Gienka nie ma ? opowiadała pani Celina. – Gdzie Gieniu? Nie ma, przecież jest mecz w Lipinach. Wtedy jeszcze nie było telefonów. Pomyślałam sobie, jak przyjdzie za dwie godziny, to znaczy, że był na meczu. No i był. To silniejsze od niego. Poszedł tyłem za podwórkiem, nikt go nie widział. Chłopaki do dziś wspominają jak prezes uciekał z domu, aby być na meczu.

Pan Gienio każdą wolną chwilę poświęcał swojemu ukochanemu klubowi. Mieszkał trzy minuty drogi od boiska. Często wsiadał na rower i pracował, aby boisko w Lipinach było coraz ładniejsze. – Mąż zostawiał całe serce dla klubu. Nawet będąc w domu, myślał o boisku ? tłumaczyła pani Celina – Każdą wolną chwilę spędzał tam. Wsiadał na rowerek i jechał tam. Wyjeżdżał prawie dwie godziny przed meczem. Brał wodę ze sklepu, piłki, siatki, bo wszystko trzymaliśmy w naszej szopce, aby nic nie zginęło. Ja prałam stroje. Mąż się bał, że wszystko zostanie zniszczone.

Bramki, słonecznik i wspólna praca

Namalowanie linii? Pan Gienio. Opłacenie sędziów? Pan Gienio. Wypełnienie protokołu? Pan Gienio. Ustalenie składu? Pan Gienio. Można wymieniać i wymieniać.

– W poniedziałek rano pytał, czy chce iść z nim na stadion po nakrętki od butelek, bo  wiedział, że zbieramy je dla dzieci do szkoły ? mówi pani Celina. – Zbierał butelki, słonecznik, bo nie lubił bałaganu. Pozamiataliśmy w pomieszczeniu dla sędziów, wylewaliśmy wodę, wyrzucaliśmy butelki. Kiedyś mieliśmy bramki drewniane, ale w pewnym momencie związek nie chciał ich dopuścić. Potrzebne były metalowe. Wtedy mąż pracował jeszcze w Dozamecie. Załatwił rury, przywieźli mu je na podwórko i na nim spawał wraz z kolegami ? wspomina. – Pewnego dnia patrzę na podwórko, coś tam stuka, puka. Patrzę, a mąż szykuje nowe deski na stadion, bo stare zostały połamane. Mocno starał się o boisko, a wszystko zostało zaprzepaszczone. Gienek specjalnie wziął urlop, aby przygotować piłkołap. Drogowcy zrobili nam wjazd na stadion. Dla męża była to ogromna radość, bo w końcu przestali wjeżdżać autami na boisko ? dodała pani Celina.

Puchary w kartonie

Na boisku w Lipinach spotkaliśmy się też z panem Marianem Feiferem. Kiedyś pisaliśmy o jego simsonie, którym podąża po lokalnych boiskach. Mieszka w Różanówce i do Lipin ma około 20 kilometrów. Bywał na każdym meczu Thrash Attacku. – Gieniu grał jeszcze razem ze mną. Jak ktoś do nas przyjeżdżał, to zawsze bał się o punkty. Dwa lata temu Klenica jedną nogą była w „A” klasie. W ostatniej kolejce dostała od nas w łeb i nie weszła. Przyjeżdżałem tu godzinę przed meczem. Pomagałem Gieniowi zakładać siatki. Ja zakładałem, a Gienio obsypywał boisko.

W niewielkich miejscowościach sobotnio-niedzielne mecze są zazwyczaj jedyną atrakcją. Lipiny nie były tu wyjątkiem. Na boisku pojawiały się tłumy. Różanówka, Lubięcin, Stany, Buczków… – Wszystkie ławeczki były zajęte. Ludzie stali, a na mecze przyjeżdżało pół Stanów i pół Lipin ? tłumaczy pan Marian. – Dzwonili do mnie i pytali „Marian, o której mecz?”. W Lubięcinie grają teraz w „A” klasie i nie mają takiej frekwencji jak tutaj była. Zabrano nam jedyną rozrywkę, jaką mieliśmy. Wszystkie nasze puchary leżą gdzieś w kartonie w świetlicy. Wszystko niszczeje…Aż serce się kraje.

Odpowiedzi wciąż brak

Eugeniusz Pala zmarł w kwietniu 2018 roku. Odszedł nagle. Wydawało się, że pozostawił po sobie wiele. Sprawnie działający klub, coraz ładniejsze boisko i niezły zespół. Wystarczyło nieco ponad rok, a w Lipinach nie ma już drużyny, a na boisku rosną przeogromne haszcze. Klub zniknął z piłkarskiej mapy. Dokładniej, połączył się z Błękitnymi Lubięcin. Wszystko wydarzyło się już po śmierci pana Gienia, przed sezonem 2019/2020. Wcześniej, w nieco dziwnych okolicznościach, znaleźli się ludzie, którzy chcieli się pozbyć pana Gienia z klubu.

– Zrobili w swoim gronie zebranie. Przestali go zabierać na mecze. Mąż nie miał auta. Odsunęli go po cichu, ale jak zaczęły się mecze, to tylko dzwonili „Gieniu jak się to wypełnia?”. Nie wiedzieli nic.

Napisz komentarz »