REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Nie zamykam drzwi na klucz

Opublikowano 21 grudnia 2019, autor: Michał Szczęch

– Jestem alkoholiczką, dzieckiem alkoholików, żoną alkoholika, matką alkoholiczki – mówi Agata Nowak, która pomaga ludziom takim, jak ona.

To, co pani robi, jest niesamowite.

– Jak słyszę na swój temat dobre słowa, to nie wiem, jak mam się zachować. Chciałabym wejść pod dywan. Uczę się przyjmowania pochwał, komplementów, bo zawsze byłam krytykowana.

Za co?

– Za wszystko. Mama miała narzeczonego, który poszedł do wojska. Budowali most, a ona dorabiała w stróżówce. Tata przyjechał ten most budować. I wtedy zrobił jej mnie. Pobrali się, bo narzeczony mamę zostawił. I całe życie obwiniała mnie za to, że zaszła wtedy w ciążę. Zaczęła pić przez zawiedzioną miłość. A ojciec pił razem z nią. Powiedzieli mi kiedyś, że mnie nie kochają, bo te wszystkie nieszczęścia są dlatego, że się urodziłam.

Miałam pieska i mama wyrzuciła go przez okno, z drugiego piętra. Myślałam, że mi serce pęknie.

Mam cztery młodsze siostry. Jak coś spsociły, to zawsze byłam karcona pasem albo kablem, za to, że ich nie dopilnowałam. Dla sióstr, jako dziecko, musiałam być matką i ojcem.

Obrońcą domu?

– W domu była melina, przychodzili obcy ludzie i niejeden pchał ręce do sióstr, wtedy kilkuletnich dzieci, więc musiałam je bronić, a byłam niewiele od nich starsza. Kochankowi mamy rozbiłam na głowie dwie butelki.

Kradłam warzywa z pól, bo w domu nie było co jeść. Ziemniaki, kapusta, do tego łyżka smalcu i była zupa na obiad. A jak dzieci sąsiadki nie dojadły chleba, to w kartoniku na korytarzu suszyła skórki dla kur. I ja kradłam te skórki.

Czasem chodziłam do ludzi, bo na przykład dziecko komuś się urodziło. I wtedy czymś poczęstowali, albo mogłam się ogrzać. Ale mama zabraniała tak chodzić.

Ludzie reagowali?

– Nieraz babcia pytała, co mamy w lodówce. My żeśmy kłamały, że to, to i jeszcze to, choć lodówka była przecież zepsuta. Babcia bała się mamy.

Miała pani żal?

– Do dorosłych, o to, że wiedzieli i nic nie zrobili. Widzieli przecież moją mamę, mojego tatę, że wiecznie pijani. I nikt się nie przejmował, co z dziećmi. Byłyśmy z siostrami grupką dzieci odrzuconych. Dopiero później, jak już tyle złego żeśmy przeszły, to nas pozabierali. Miałam piętnaście lat, jak dali mnie do ośrodka wychowawczego, a siostry do rodzin zastępczych i do domu dziecka.

Kiedy pani zaczęła pić?

– W podstawówce, chyba w siódmej klasie, kolega dał kilka łyków wina i po raz pierwszy nie bałam się wracać do domu. Nie musiałam myśleć, czy będzie obiad, czy ktoś mnie uderzy, w jakim stanie będą rodzice. Nie czułam ani bólu, ani głodu, ani zimna. Wreszcie nie musiałam się martwić.

W wieku dziewiętnastu lat nie ogarniałam już życia. Padał deszcz, a ja musiałam się napić, świeciło słońce, musiałam się napić, zaswędział nos, też musiałam się napić. Opijałam radości i smutki. Czekałam na telefon, było napięcie, więc musiałam się napić. Byłam na dnie. Tam nie trzeba się martwić o prąd, o węgiel, o jedzenie. Zazdrościłam kobietom, które prowadzały dzieci do żłobka, do przedszkola. Ja wstawałam rano i leciałam do sklepu. Nie mogłam patrzeć w lustro. Pewnego dnia spróbowałam się zabić. Ktoś wezwał karetkę. Rękę mam niesprawną do dziś.

Kiedy pani zaczęła się leczyć?

– Miałam 29 lat, jak poszłam do pani doktor. Zabrałam koleżankę. Dostałyśmy skierowanie na terapię i przez dwa tygodnie nie mogłyśmy dojść na przystanek, bo za każdym razem musiałyśmy się napić. Do przystanku miałyśmy może trzysta metrów. Do szpitala w Ciborzu zawiózł mnie terapeuta, który przyjeżdżał do Bytomia Odrzańskiego. Poprosiłam o to sama, po padaczce alkoholowej. Przed wyjazdem wypiłam z koleżanką cztery wina. Żegnali mnie pijacy chyba ze wszystkich melin. A ja tak się bałam…

Czego?

– Że na terapii coś mi odbiorą. Że nie dam rady, bo wielu było takich, co wracali i pili dalej. To był strach i wstyd. Odstawianie alkoholu jest straszne. Ciało drży, człowiek poci się, pojawiają się lęki. Ale w Ciborzu zaczęłam zdawać sobie sprawę, co stało się w moim życiu. Że chora trzustka, że mąż w więzieniu, że zabrali dzieci. Mąż pisał listy z więzienia. Żebym się nie poddawała, że on też z tym kończy. Zaczęłam leczenie przede wszystkim ze względu na dzieci, żeby je odzyskać. I odzyskałam.

W jaki sposób?

– Zaczepiałam ludzi na rynku i pytałam, czy dadzą mi pracę. Zbierałam na polach kamienie i ziemniaki. Myłam okna i prałam dywany, nawet za jedzenie. Ludzie mi zaufali, choć wcześniej znali mnie jako pijaczkę. Dali mi szansę. Podali rękę. Podglądałam inne rodziny, jak one sobie radzą. I tak uczyłam się, jak być matką. Bo wcześniej nikt mnie tego nie nauczył. Zaczęłam czytać książki o tym, jak mówić, żeby dzieci słuchały. Pożyczyła żona burmistrza. W lutym wyszłam z terapii, a w czerwcu już miałam dzieci przy sobie. A później wrócił mąż i nie tknęłam alkoholu do dziś. Od dziewiętnastu lat żyjemy prawdziwym życiem. W gminie jestem chyba jedyną kobietą po terapii, która nie zapiła tak długo.

Trudno jest wytrwać?

– Trzeba nadać życiu sens, wtedy jest trochę łatwiej. Z tej wdzięczności, że mi się udało, zaczęłam pomagać innym. Nie zawsze udaje się podnieść z dna, często są to lata walki, ale najważniejsze, żeby się nie poddawać.

Miałam w Bytomiu koleżankę Anię. Po terapii znowu zaczęła pić, rok temu poszła na melinę, a tam zgwałcili ją i zamordowali. Gdybym ja nie przestała pić, pewnie też już by mnie nie było. Ta koleżanka, która pojechała ze mną na terapię, pije do dziś. Ma wzloty i upadki. Wiozłam ją na pogotowie. Nikt inny nie chciał z nią jechać, bo była brudna, śmierdząca, więc wzięłam ją do siebie i umyłam. Przy domu mamy komórkę. Zrobiliśmy tam z mężem pokój, nazywa się „pod piątką”. I mogą zamieszkać ludzie w potrzebie, którzy chcą się leczyć. Każdemu damy jeść, wykąpiemy, ubierzemy. Warunek jest taki, że nie mogą pić.

Ilu osobom pani pomogła? 

– Mamy już dwadzieścia takich perełek, które udało się wyciągnąć. Kilka miesięcy temu miasto dało nam pomieszczenie. Spotykamy się z alkoholikami i rozmawiamy o radościach, o bolączkach. Są ciastka, kawka, herbatka i wspieramy siebie nawzajem. Każdy może przyjść, jeśli ma problem. Są trzy prysznice, które chcemy wyremontować. Ostatnio dwóch panów pytało, czy mogą już się wykąpać. Jest regał i ludzie mi ciuchy przynoszą dla potrzebujących. Jeśli ktoś ma, to ja przyjmę, nawet skarpety.

Kobiety też przychodzą?

– Więcej jest facetów. Kobiety chyba się wstydzą. W społeczeństwie wciąż jest myślenie, że jak facet sobie wypił, no to wypił i już. Ale jak wypiła kobieta, to zaraz jest kurwą i wyrodną matką. Kobieta ma trudniej.

Ludzie chętnie proszą o pomoc?

– Uzależnionych jest dużo, coraz więcej, ale boją się prosić. Niepotrzebnie. Wzięłam kredyt, rzuciłam pracę, zrobiłam szkołę i dziś jestem terapeutką. Potrafię pomóc, jeśli ktoś tylko chce. Na pewno nie zaszkodzę. Przecież też jestem alkoholiczką, dzieckiem alkoholików, żoną alkoholika, matką alkoholiczki…

Córka pije?

– Powtarzałam, że nie będę dla swoich dzieci taka, jak moja matka była dla mnie. Niestety powieliłam jej błędy. Później chciałam dzieciom nieba przychylić, wynagrodzić im wszystkie krzywdy. A dziś mam poczucie winy, że zawiodłam, nie upilnowałam, nie wskazałam drogi. Dziś pije moja najstarsza córka. Historia zatacza więc koło, a ja nie potrafię tego zatrzymać.

Któregoś dnia córka przysłała SMS, że mamy zabierać dzieci, bo ona musi se życie ogarnąć. Opiekujemy się całą trójką, bo nie ogarnęła do dziś. Przygarnęliśmy też moją najmłodszą siostrę. Urodziła się z zespołem alkoholowym FAS. Najpierw trafiła do domu dziecka, później do rodziny zastępczej, a gdy dorosła, to ją oddali. Odnalazłam siostrę i wzięliśmy z mężem do siebie. Bardzo długo mówiła do mnie mamo. Jest niepełnosprawna, zawsze będzie jak dziecko.

Jesteśmy rodzicami zastępczymi dla synka naszego kolegi. Matka chłopca dostała wylewu na izbie wytrzeźwień i zmarła. Miał dwa latka, jak zabrali go do domu dziecka. Kolega odstawił alkohol na pięć lat, odzyskał chłopca i znowu zaczął pić. Wzięliśmy chłopca do siebie. Ma niepełnosprawną siostrę w domu dziecka. Często ją odwiedzamy i zapraszamy do siebie. Bo ona tak nas kocha. Kiedyś nam dzieci zabierali. A teraz my dajemy dzieciom szansę na normalny dom.

Chodzę niekiedy na cmentarz, na grób rodziców i chwalę się, że szkołę skończyłam, że mam tyle dzieci, że nie piję, że jestem nowym człowiekiem. Może są ze mnie dumni?

Wybaczyła im pani? 

– Z trudem, po wielu latach. Choć często nad ich grobem jestem zła za to wszystko. Ale najbardziej boli, że pomagam obcym ludziom, a nie potrafię pomóc córce. Jako matce, pęka mi serce, ale jako terapeutka wiem, że nie mogę jej do niczego zmusić. Mieszka dwa domy dalej, widuję ją na ulicy, przez płot. I ja cały czas czekam, aż zrozumie, że musi zacząć się leczyć. Z mężem nigdy nie zamykamy drzwi na klucz. Bo boję się, że córka któregoś dnia przyjdzie po pomoc i nie usłyszę jej pukania.

Napisz komentarz »