REKLAMA

Aktualności, Sport

Wysokie loty

Opublikowano 29 lutego 2020, autor: Sławomir Janusz, Patryk Świtek

Eryk Fursewicz z Mirocina Górnego, to nadzieja polskiej tyczki. – Początki były straszne. Dosłownie. Okropnie się bałem – mówi siedemnastolatek. Szybko przyszły jednak sukcesy. Na koncie ma już mistrzostwo Polski. Ostatnio w Toruniu wywalczył brąz.

– Żeby skakać trzeba najpierw biegać – zaczyna swoją opowieść. – Jak ktoś jest szybki, to śmiało może sięgać po twardsze tyczki. Bieg to podstawa. Potem trzeba założyć tyczkę. Trzyma się lewą ręką i wchodzi prawym barkiem. Później jest faza skoku. Robi się mach lewą nogą, odchodzi na barki, kolana dociąga do klatki piersiowej. Później trzeba się na tyczce postawić i po niej iść. Tyle… – tłumaczy, jakby to była bułka z masłem.

Najpierw płotki

Eryk trafił do lekkiej atletyki trochę przez przypadek. Trochę, bo zaczynał pod okiem trenera Jerzego Różyckiego w Mirocinie Dolnym. W podstawówce lubił piłkę nożną i skok w dal.

– Czasem jak była religia, pan Jurek brał mnie do siebie, żebym poskakał w dal. I tak się porobiło, że w szóstej klasie byłem trzeci w Polsce (14 lat, 5,5 m).

Po podstawówce Eryk wybrał gimnazjum sportowe w Zielonej Górze. Trafił do klasy piłkarskiej, ale uczył się w niej tylko przez miesiąc. – Wyczaili mnie trenerzy lekkiej atletyki. Sprawdzili wyniki i zaproponowali zmianę – tłumaczy siedemnastolatek.

Eryk myślał, że będzie skakał w dal, ale trafił do płotków. Nie mógł się jednak dogadać z trenerem i zmienił dyscyplinę na tyczkę.

– Na pierwszy rzut oka to porąbany sport. Strasznie trudny. Dużo elementów trzeba opanować. To nie jest piłka nożna, że aut, róg, spalony. No i wiadomo ? bywa niebezpieczny.  Początki są straszne. Dosłownie. Człowiek się boi. Do trzech metrów bałem się okropnie – tłumaczy.

Bolące nogi

Na pierwsze mistrzostwa Polski pojechał po roku treningów. Wygrał. Rok później był czwarty. Ostatnio w Toruniu wywalczył brąz. Niestety startował z kontuzją.

– Testowaliśmy z trenerem twardszą i dłuższą tyczkę. Nie wygiąłem jej i cofnęło mnie na tartan. Stłukłem lewą stopę, a że wcześniej miałem też uraz prawego achillesa, to na zawodach skakałem z dwiema bolącymi nogami – relacjonuje Eryk. – Poza tym, to ewidentnie nie był mój dzień. Bieganie było słabe. Trener mówił, że wszystko robię slow motion. Skoczyłem 4,10 m z wielką górą, ale 4,2 strąciłem i trzeba było zacząć przekładać wysokość. Najpierw na 4,3 a potem na 4,5. Nie udało się i zostałem z brązem. Nie powinienem narzekać, bo wielu chciałoby osiągnąć taki wynik. Skoczyłem jednak pół metra mniej niż potrafię. Czuję straszny niedosyt. – dodaje.

 

Żadnych dwój

Eryk w tym roku chciałby poprawić życiówkę o 20 cm. Na razie skacze 4,5 m. Gdy przeskoczy poprzeczkę zawieszoną na wysokości 4,7 m zakwalifikuje się na mistrzostwa Europy juniorów. – Cały czuję rezerwy w biegu. Jeszcze jestem za wolny – przyznaje. Do końca liceum chciałby pokonać barierę 5 metrów. – Jak się nie uda, trzeba będzie pomyśleć o innym sposobie na życie – mówi szczerze i dodaje, że stara się nie zaniedbywać szkoły. – Od jakiegoś czasu jestem w kadrze narodowej. Mam obozy i opuszczam lekcje. Jak wracam, to staram się wszystko zaliczać. Omijają mnie jednak łatwe oceny. Piszę tylko trudne sprawdziany i wychodzę na trójkach i czwórkach. Na szczęście nie mam dwój i pał. Założyłem sobie, że trójka, to najsłabsza oceną, jaką mogę dostać – mówi.

Cała rodzina kibicuje

Ewelina, mama Eryka, nigdy nie widziała skoku syna na żywo.

– Zawody oglądamy w internecie. Ja patrzę przez palce, albo w ogóle odwracam wzrok. Mąż mi mówi, czy przeskoczył, czy nie. Strasznie boję się, że upadnie, albo coś mu się stanie. To przecież tak wysoko – opowiada.

Eryk to najstarszy „synuś”.  – Jesteśmy w stałym kontakcie. Nawet przed zawodami dzwoni. Zawsze mu powtarzam mu, że będziemy z niego dumni, nawet jak będzie ostatni. Ale jeszcze mu się nie zdarzyło – uśmiecha się mama.

Erykowi kibicuje cała rodzina. – Dla Karola (11 l.), młodszego brata, stał się idolem. Zawsze czeka aż przyjedzie z internatu. Kto wie, może też kiedyś będzie skakał. Muszę przyznać, że wciągnęła nas lekka atletyka. Oglądamy zawody, mistrzostwa, mityngi. Znamy wszystkich zawodników, a przede wszystkim skoczków. I to nie tylko my. Jak syn ma zawody, to oglądają ciotki, wujkowie, wszyscy. Cała rodzina śledzi jego karierę. Piszemy do siebie i dopingujemy go na Facebooku. Po zawodach mam dziesiątki telefonów – opowiada mama.

Ewelina cieszy się, że syn uprawia sport, bo dzięki temu może poznać sławnych sportowców. – W Spale spotkał Piotra Liska. Pogadali. Nawet wspólne zdjęcie sobie zrobili. Może kiedyś go przeskoczy – mówi. Wierzy, że syn wkrótce przełamie barierę 5 metrów.  – Uda mu się. Niedawno miał 4,20 m, teraz ma 4,50 m. Jestem pewna, że się poprawi – mówi.

Rekordowy skok chętnie zobaczyłaby siedząc na trybunach, ale… – Musielibyśmy pojechać w sekrecie. Wiem, że na nasz widok dodatkowo by się stresował. Najważniejsze, że wie, że zawsze tu na niego czekamy i trzymamy kciuki – kończy mama.

 

 

 

Napisz komentarz »