REKLAMA

Samorząd

Wirus? E tam. Do roboty!

Opublikowano 14 marca 2020, autor: FP

W dobie epidemii prezydent Jacek Milewski kazał nauczycielom przyjść do pracy, choć przecież mogliby pracować z uczniami zdalnie. Internauci zastanawiają się, czy nie jest to sprytny sposób, na oszczędności w budżecie miasta.

Lekcje są zawieszone, a od 16 marca uczniowie nie przychodzą do szkół – taki komunikat wydało ministerstwo edukacji w minioną środę. Dyrektorów szkół poinstruowano też, by poprosili nauczycieli o przygotowanie materiałów do pracy zdalnej.

Dzień później, w czwartek, prezydent Jacek Milewski zadecydował, że nauczyciele wszystkich szkół podstawowych będą realizować „obowiązki pracownicze od poniedziałku do piątku w godzinach 8.00 – 14.00”. Innymi słowy – mają przyjść do pustych szkół i siedzieć w pustych klasach.

Niech minister doprecyzuje przepisy!

– Dziś miałem okazję porozmawiać telefonicznie z panem prezydentem. Prosiłem o spotkanie, ale pan prezydent stwierdził, że nie widzi takiej potrzeby – mówił wczoraj Jarosław Pilz ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Prezydent powiedział, że taką decyzję podjął na podstawie dokumentów, które były w jego dyspozycji w czwartek. Poinformował mnie też, że jeżeli ZNP ma dostęp do innych dokumentów prawnych, a nie interpretacji związkowych, to będzie prosił o ich dostarczenie – wyjaśniał.

W czwartek zarząd ZNP zwrócił się do ministra Dariusza Piontkowskiego o uściślenie przepisów. Chodzi m.in. o zakaz przebywania pracowników w zamkniętych placówkach i kwestię kształcenia na odległość. W związku z sytuacją związek oczekiwał błyskawicznej odpowiedzi. Ta jednak nie nadeszła, więc wczoraj stosowne pismo z prośbą o interwencję trafiło do premiera Morawieckiego.

– Tu nie chodzi o robienie zamieszania, tylko o uściślenie przepisów – mówi Pilz. – No chyba, że do poniedziałku pan prezydent zmieni decyzję – dodaje.

Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę

Kuriozalna decyzja Milewskiego była chętnie komentowana na oficjalnym miejskim profilu facebookowym.

Pani Jadwiga: – Czegoś tu nie rozumiem. Rząd cały czas apeluje, żeby pracodawcy maksymalnie wykorzystali pracę zdalną. Przecież mają komputery w domach i powinni w swoich domach pracować. Do pracy powinni pójść ci, którzy są niezbędni.

Pani Kinga: – Panie prezydencie apeluje o rozwagę. Swoje obowiązki w zakresie przyjętym na zebraniu z dyrektorami równie sprawnie możemy wykonywać z domu. Nikt nie prosi o zawieszenie obowiązków pracowniczych, a jedynie o zmianę ich sposobu wykonywania na zdalną pracę z domu. Czy uczniowie poniosą jakiekolwiek konsekwencje jeśli swoje obowiązki pracownicze będę wykonywała z domu a nie sali szkolnej? Dla nich jest to bez znaczenia, dla mnie ma ogromne. Chodzi o moje zdrowie. Proszę przeanalizować swoje postępowanie ponownie i podjąć decyzję odpowiedzialną jak na prezydenta przystało, nie kierując się osobistymi niechęciami do nauczycieli.

Pani Magda: – Niestety swoją decyzja doprowadził Pan do tego, że nauczyciele tacy jak ja, którzy chcą pracować, chcą wysyłać swoim uczniom zadania, chcą kontaktować się z nimi za pomocą internetu , po prostu nie mogą… Jestem zszokowana! I totalnie zawiedziona. Kocham moją pracę, nie zamieniłabym jej na żadną inną. Byłam gotowa na prace zdalną z domu. Moja sytuacja jest o tyle skomplikowana, że mam małe dzieci i nie ma możliwości, aby ktoś inny pełnił nad nimi opiekę. (…) Rząd apeluje o prace zdalną, o pozostanie w domach, a Pan takimi decyzjami sprawę bagatelizuje. Po prostu to się, brzydko mówiąc, kupy nie trzyma. Mam wrażenie, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Za zasiłek na dziecko zapłaci mi państwo, a moja wypłata zostanie w budżecie. Czyż nie?

Dopuszczone, ale nie obligatoryjne

Kwestię finansów podjął też inny internauta. – Nauczycielka zobowiązana do pracy w szkole najprawdopodobniej skorzysta z prawa do dodatkowego zasiłku opiekuńczego, który jest wypłacany przez ZUS. Pensja nauczyciela zostaje w kasie samorządu. Zagrożenie epidemiologiczne schodzi na dalszy plan – komentował Pan Łukasz.

Krótko mówiąc, nauczyciele, którzy zdecydowaliby się na taki zasiłek, pobieraliby 80 proc. pensji. Jednak pieniądze wypłacałby ZUS, co automatycznie odciążyłoby budżet miasta.

Milewski, oczywiście za pośrednictwem Facebooka, tak komentował sprawę: – Nie wiem jak jest w innych miastach. Nie ma to zresztą znaczenia, gdyż każdy samorząd, o ile przepisy prawa nie nakładają na niego konkretnych obowiązków, podejmuje swoje suwerenne decyzje. (…) Jeżeli coś jest dopuszczone nie oznacza, że jest obligatoryjne. Nie widzę powodu, aby w tej nadzwyczajnej sytuacji w jakikolwiek sposób wyróżniać jakąkolwiek grupę zawodową. Byłoby to po prostu niesprawiedliwe. Oczywiście jeżeli w tej sprawie ukażą się przepisy nakazujące takie rozwiązanie zostaną one wdrożone.

Napisz komentarz »