REKLAMA

Wasze sprawy

Nie daj Boże, żeby tamte czasy wróciły

Opublikowano 23 maja 2020, autor: Michał Szczęch

Mamy suszę. Rosną ceny żywności. Rolnicy ostrzegają, że w przyszłości może nas dotknąć głód. Michalina Kozemko (z domu Stadnicka) wie, czym jest głód. – Myśmy szanowali każde źdźbło zboża, każdą kroplę wody – wspomina 85-latka z Bytomia Odrzańskiego.

Michalina Kozemko: – Przed wojną mieszkałam we wsi Koniusze nieopodal Przemyśla. Tam płynęła rzeczka. Jako dzieci wchodziliśmy na dechę i się chlapaliśmy. A mama przychodziła i w tej rzeczce prała. Na tarze trzeba było prać albo ugniatać takimi pałkami jak paletki. Ubrania były ze lnu. Takie werety.

M. Sz.: – Był proszek do prania?

– Nie było. Mama dawała do beczki popiół i zalewała wodą. Dosypywała troszkę sody. Postało. Śliskie się zrobiło. I mama tym prała w rzeczce. W kranach wody nie było. Sięgaliśmy pięć metrów do ziemi, żeby nabrać do wiadra. Kiedyś ciężko się żyło. Było nas dziesięcioro rodzeństwa, więc bieda była okropna.

– Był głód?

– Taki był głód, że myśmy jedli pokrzywę i kwiaty z akacji. Lebiodę mama zbierała i smażyła. Myśmy brali to, co przyroda dała. Zbieraliśmy jagody, poziomki i grzyby. Zbieraliśmy takie żółte kwiaty. Wieszaliśmy pod sufitem. Zapach wyganiał mole i wołki ze zboża. Przedtem było dużo różnych kwiatów na polach i łąkach. Teraz tych kwiatów już nie ma…

– Dzieci miały czas na zabawę?

– A gdzie tam. Jak było trochę czasu wolnego, to lataliśmy do ogrodu i zbieraliśmy szczaw. W maju najlepszy, bo młody. Myśmy kroili, solili i jedli.

– Ile lat miało dziecko, gdy szło pracować w polu?

– Ja miałam osiem. Rodzice kosili zboże. A później tata kazał kłoski zbierać. I każdy kłosek musiał być wyzbierany. Później my to zboże sypaliśmy na żarna i była mąka na chleb.

– Masło do chleba było?

– Było, ale tylko na żniwa, żeby mieć siły do pracy. Gotowaliśmy buraki cukrowe, robiliśmy melasę i tym się smarowało.

– Smakowało?

– Musiało.

– Co jeszcze sadziliście w polu?

– Kartofle. Jak szybka zima była i kartofle pomarzły, to wchodziliśmy w błoto po kolana, żeby te kartofle wyciągać. Mama wstawała o trzeciej godzinie, te kartofelki czyściła i na płytę kładła. One się przypiekły i to było śniadanie. Mieliśmy owoce w ogrodzie. Tato zrobił suszarnię, taką jak pół pokoju. Tam się sypało owoce i suszyło. Pan spojrzy, co ja tu mam.

– Suszone śliwki.

– Teraz dziecko powie, że ze sklepu. A myśmy jako dzieci tyle pracy wkładali, żeby takie śliwki ususzyć. My na suszonych śliwkach wychowani. Mama dawała te śliwki do garnka, gotowała, dodawała kluchów czy ziemniaków. I my to jedliśmy na obiad. Mamina kuzynka podrzucała nam mąki na zacierkę. A świnkę mogliśmy trzymać tylko jedną.

– Dlaczego tylko jedną?

– Bo nie było czym karmić.

– Nie było lodówek. Gdzie trzymaliście mięso?

– Był worek lniany. Wkładało się mięso do worka i w worku do komina. I mama cięła po kawałeczku. Sadziliśmy też konopie na oliwę i zalewaliśmy mięso oliwą.

– W którym roku przyjechaliście na zachód?

– Nas wsadzili w wagony w 1947 roku. Jechaliśmy trzy tygodnie w takim wagonie, co węgiel wozi. Tyle, że dach był.

– Po wojnie lżej było żyć?

– Mieliśmy więcej ziemi. I już było lżej. Choć na początku, jak szliśmy sadzić las, to jedliśmy tylko chleb z cukrem i piliśmy czarną kawę. A pierwszy uroczysty poczęstunek to ja zjadłam dopiero na świętą komunię.

– Jak wyglądała komunia?

– Poniemiecka stodoła stała, a w niej było dużo lnu. Szatkowski wziął na wóz i zawiózł do Nowej Soli. Tam była fabryka. Przerobili ten len na cztery duże wały materiału. Mama uszyła sukienkę. Miała rękawy, a na dole była falbana. Tenisówki miałam ciemne, to mi kredą pomalowali, żeby były białe. Na plebanii zrobili nam śniadanie. Dali po cztery cukierki, takie jak na choinkę. Dali pączka nadziewanego śliwkami i kubek kakao. Przyszłam z komunii, rozebrałam się z tej sukienki i poszłam paść krowy. A później, ile razy smażyłam pączki, to sobie myślałam „Boże, jaki ten pączek na pierwszą komunię był dobry”.

– Gdy się patrzy na dzisiejszy świat, to co można pomyśleć?

– Ja sobie myślę, jak myśmy to wszystko przeżyli. Ciężko uwierzyć. Sama czasem nie chcę w to wierzyć. Mama nas tyle miała i musiała jakimś cudem wykarmić. Myśmy szanowali każde źdźbło zboża, każdą kroplę wody. Dzisiaj się wyrzuca tyle rzeczy, a kiedyś myśmy tyle pragnęli. Nie daj Boże, żeby tamte czasy wróciły.

– Wnuki mówią, że pani jest mistrzynią w oszczędzaniu żywności i wody.

– Jak gotuję rosół, to nie marnuję warzyw. Ja z tych warzyw robię sałatkę. Ja jedzenia nie wyrzucam do pojemnika. Pierwej daję zwierzętom. A jak zwierzę nie zje, to zakopuję w ogródku. Niech robak zje.

komentarz »
  1. Leśny Janek 9 czerwca 2020 22:16 - Odpowiedź

    To dobrze, że żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają przedwojenne czasy. Może wspomnienia Pani Michaliny uprzytomnią niektórym, że II Rzeczypospolita nie była czasem sielanki dla ogromnej większości swoich obywateli, a ich dobrobyt nie został zaprzepaszczony przez powojenny ustrój.

Napisz komentarz »