REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

Z naczepy wylewała się lawa

Opublikowano 03 października 2020, autor: Patryk Świtek

Okazuje się, że nowosolscy policjanci w wolnym czasie gaszą pożary. W poniedziałek (28.09.) brali udział w największej akcji w tym roku.

Telefony alarmowe rozdzwoniły się z samego rana. Na trasie S3 na wysokości Konradowa zapaliła się naczepa wypełniona styropianem. Podczas jazdy strzeliła opona. Od iskier zajął się ładunek. Kierowca widząc, że nie da się opanować pożaru, odczepił ciągnik i dojechał kawałek. Na miejsce przyjechała straż z Nowej Soli. Kiedy w wozach zaczęło brakować wody, dyżurny wezwał posiłki m.in. OSP Nowe Miasteczko i Otyń.

– Dym było widać w Nowym Miasteczku – mówi Maciek Nowak, na co dzień policjant nowosolskiej drogówki, ale w czasie wolnym strażak. – Akurat miałem urlop, więc miałem czas pojechać na akcję – wspomina. Oprócz niego do wozu zapakował się także inny policjant-strażak, posterunkowy Mateusz Skoneczny z komisariatu w Kożuchowie.

– Mateusz też był na wolnym. Akurat zjechał z Warszawy. Nie zdążył się nawet przywitać z rodziną – zdradza M. Nowak. Od Otynia jechał zaś Adam Wachowski, dzielnicowy, który od lat działa w OSP Otyń.

Syrena wyje, trzeba lecieć

– Poszliśmy w żywioł – opowiada M. Nowak. – Takiego pożaru nie pamiętam. Najpierw próbowaliśmy stłumić go pianą. Później wodą, ale szło jej tyle, że szybko zaczęło brakować w zbiornikach. Na szczęście w pobliskiej rzeczce znaleźliśmy zasilanie. Tirem jechał komponent do produkcji styropianu. Jak to się stopiło, to z naczepy zaczęła się wylewać lawa. Dodatkowo był toksyczny, czarny dym. Bez masek to byśmy się podusili – relacjonuje. Po ugaszeniu lawa stała się twarda jak skała. – Nie mogliśmy jej oderwać od asfaltu – dodaje M. Nowak. Pracownicy Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, przez cały tydzień sprzątali po tym pożarze.

– Syrena zawyła i trzeba było lecieć – wspomina A. Wachowski. W żywioł nie poszedł. – Byłem odpowiedzialny za dostarczenie wody. Gaszeniem zajmowali się inni, ale pożar był konkretny – wspomina.

– Do remizy biegałem od dzieciaka za ojcem. Teraz za mną biega mój syn. Po powrocie do domu miałem mu co opowiadać, bo to chyba była największa akcja w tym roku – uśmiecha się Adam.

Napisz komentarz »