REKLAMA

Wasze sprawy

Zapomnieli o bidulach

Opublikowano 09 stycznia 2021, autor: Michał Szczęch

– Nie chcą badać dzieci na obecność covida, a nas nie chcą szczepić – skarżą się pracownicy domów dziecka. Wojciech Żurowski, dyrektor Domu Dziecka w Kożuchowie, wysłał w tej sprawie list do wojewody i ministra.

Mieszkanka Nowej Soli wzięła do siebie wnuki na ferie świąteczne. Dzieci na co dzień mieszkają w małopolskim domu dziecka, w Dąbrowie Tarnowskiej. W połowie stycznia będzie musiała odwieźć je z powrotem. Próg placówki przekroczą tylko z zaświadczeniami, że nie złapały covida. Załatwienie badań spadło na głowę babci.

– Zamiast spędzać czas z wnukami, biegam od urzędu do urzędu ? rozpacza zestresowana kobieta. – Pytam, gdzie mogę przebadać dzieci za darmo i nikt nie potrafi mi pomóc ? ubolewa. – Byłam w powiatowym centrum pomocy rodzinie, byłam u lekarki rodzinnej…

Nikt nie pomógł

Babcia, żeby wziąć wnuki na święta, musiała podpisać zobowiązanie w domu dziecka, że przed oddaniem zadba o ich przebadanie. Podpisała.

– Rzeczywiście, to był warunek wysłania dzieci na przepustkę ? potwierdza Krzysztof Piotrowski, dyrektor placówki w Dąbrowie Tarnowskiej.

Owszem, badania można zrobić na miejscu, w Dąbrowie. – Przeprowadzane są jednak do godziny 10 rano, więc ta pani musiałaby przywieźć wnuki najpóźniej przed 9 ? tłumaczy Piotrowski. Słowem, babcia musiałaby wieźć wnuki całą noc, ponad pół tysiąca kilometrów, co byłoby niebezpieczne.

– Poza tym ? kontynuuje Piotrowski – nawet gdyby dzieci zdążyły się przebadać, to musiałyby gdzieś czekać na wyniki. Jeśli testy wykazałyby covida, to musiałbym gdzieś te dzieci umieścić. Tylko gdzie? – głowi się dyrektor. – W placówce trudno o izolatki. Poza tym wtedy byłaby konieczność zapewnienia dodatkowego opiekuna.

Owszem, babcia może zrobić wymazy prywatnie, w województwie lubuskim, przed wyjazdem. Są testy za blisko 400 złotych od sztuki. Są też tańsze, których cena waha się w granicach od 40 do 100 złotych. Tańsze przypominają testy ciążowe. Wystarczy kropelka wymazu i po kwadransie jest wynik. – Są mniej dokładne, ale jeśli ktoś nie ma objawów, można takim testom zaufać – zapewniają medycy.

– Wystarczą tańsze testy ? zapewnia Piotrowski.

? Nie stać mnie ? martwi się babcia, dla której wydatek rzędu 200-300 złotych jest nie do udźwignięcia.

– Niech pożyczy od kogoś pieniądze, niech zrobi testy, a my oddamy co do złotówki na miejscu ? takie rozwiązanie podpowiada Piotrowski. W tym momencie wraca problem, gdzie babcia ma te testy wykonać i dlaczego ona musi o to zadbać, nie zaś placówka, do której dzieci mają wrócić.

Teoria teorią,

życie życiem

– Zgłoszenie konieczności wysłania covidowej karetki do tych dzieci powinno przyjść z domu dziecka, nie zaś od babci ? informują w nowosolskim sanepidzie. To samo mówią w sanepidzie w Dąbrowie Tarnowskiej, w dziale epidemiologicznym. – Dyrektor domu dziecka powinien wysłać zlecenie do powiatowego inspektora sanitarnego w Nowej Soli, że należy wykonać dzieciom test ? tłumaczą. – Wtedy nowosolski sanepid powinien zlecić wysłanie karetki, aby pobrać wymazy.

Dyrektor Piotrowski twierdzi, że to wszystko wygląda pięknie w teorii, a życie życiem. Narzeka nie tylko na brak dobrej współpracy z sanepidami i lekarzami, ale też na pominięcie domów dziecka w systemie. – Dla nas procedury w zasadzie nie istnieją, dlatego każdy dom dziecka ustala swoje zasady ? rozkłada ręce. Ma świadomość, że nie istnieje podstawa prawna dla decyzji, którą podjął w kontekście powrotu dzieci z ferii świątecznych. ? Podjąłem ją, bo musiałem – ucina. ? Zdarzyła się już sytuacja, że ktoś przyniósł wirusa do naszej placówki. Musieliśmy się odizolować. Mamy tu dzieci i młodzież po traumach, z problemami. Buzują w nich emocje. Gdy siedzieliśmy w zamknięciu, sytuacja zrobiła się bardzo trudna.

Po omacku

O tym, że system w czasach pandemii zapomniał o domach dziecka, mówi też Wojciech Żurowski. Od 30 lat jest dyrektorem Domu Dziecka w Kożuchowie. Ma pod sobą 49 dzieci i 37 pracowników. Pracę w tego typu placówce w czasach pandemii porównuje do życia na minie.

– Są rekomendacje wydane przez ministerstwo, ale mają się nijak do życia w sytuacji urlopowania dzieci do domów rodzinnych – skarży się Żurowski. – Musimy działać po omacku. Gdy moi podopieczni wrócą z ferii świątecznych, natychmiast zamknę placówkę i wprowadzę izolację. Nie chcemy robić testów, bo to bardzo skomplikowane i kosztowne.

W Domu Dziecka w Kożuchowie był już problem z covidem.

Żurowski: – Na szczęście pani starosta pomogła załatwić testy, za co bardzo dziękuję. Ale nikt nie chciał przyjechać, żeby nas tymi testami przebadać, ani lekarz, ani sanepid. Mówili, że oni nie są od tego. Pomogło stowarzyszenie. Za usługę musiałem zapłacić z budżetu placówki półtora tysiąca złotych, bo system tego nie sfinansował. Nie stać nas na takie wydatki.

Dzieci są najlepszym

przenośnikiem

– Wszystko spadło na nasze barki ? płyną utyskiwania z kolejnych domów dziecka.

Pracownicy narzekają na przeciążenie, na stres, że muszą radzić sobie sami. Dyrektorzy biją na alarm, że nie ma komu badać podopiecznych na obecność koronawirusa, bo osoby decyzyjne uważają, że dla dzieci zagrożenie ciężkim przebiegiem choroby jest nikłe. ? A co z nami, co z naszym bezpieczeństwem? ? pytają dyrektorzy w imieniu swoim i reszty personelu.

– Dzieci są najlepszym przenośnikiem dla covida i mogą pozarażać personel, czyli ludzi w różnym wieku ? zauważa Żurowski.

W Polsce dochodziło już do sytuacji, że niemal cały personel domu dziecka trafiał na kwarantannę. Wówczas trzeba było wprowadzać ekstremalne rozwiązania. Na przykład w placówce w województwie dolnośląskim do opieki nad dziećmi wysłano wojsko.

Gdzie troska

o pracowników?

Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej wystosowało wytyczne dla pracowników domów dziecka, że ci mają dbać o zdrowie psychiczne swoich podopiecznych w taki sposób, że w czasie pandemii rodzice, dziadkowie etc. mają prawo się spotykać z dziećmi, mają prawo urlopować je na święta i ferie, mają prawo zabrać je do domu.

– I słusznie, to bardzo ważne ? zgadza się Żurowski. ? Ale to potęguje ryzyko zarażenia, bo dzieci trafiają do różnych środowisk, a później wracają do placówki. Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my, czyli pracownicy? Gdzie troska o nasze bezpieczeństwo?

Z grona 49 dzieci, które mieszkają w Domu Dziecka w Kożuchowie, na ferie świąteczne wyjechało ponad 20.

Żurowski: – Przy takiej grupie ciężko myśleć o tworzeniu izolatki. Bo niby gdzie? To nierealne.

Strach narasta

W grupach osób kierowanych w pierwszej kolejności do szczepienia (tak zwane grupy zerowe) umieszczono oczywiście personel medyczny, umieszczono też pracowników domów pomocy społecznej, ośrodków pomocy społecznej, umieszczono nauczycieli. – Pracowników domów dziecka nikt nie wziął pod uwagę – wzdycha Żurowski. – Dlaczego? Niby jaka jest różnica między pracownikami domów dziecka, a na przykład pracownikami ośrodków pomocy społecznej? – pyta. – Zagrożenie dla jednych i drugich jest przecież podobne.

Żurowski wysłał pismo do wojewody, do ministra zdrowia, do ministra rodziny i polityki społecznej. „Martwi mnie fakt, że my, pracownicy pieczy zastępczej, nie znaleźliśmy się w tej grupie. Nie znajduję nas w żadnej z grup ryzyka. Tak, wiemy, że pracujemy z dziećmi, które są najmniej narażone na zakażenie, ale niestety są najlepszymi przekaźnikami Covid-19. Co będzie w momencie powrotu dzieci do szkół? Nauczyciele zostaną zaszczepieni. A my, którzy pracujemy z tymi samymi dziećmi, (…) nie jesteśmy w ogóle ujęci w harmonogramie szczepień. (…) Obecnie dzieci pojechały do domów na święta i ferie. Co będzie po powrocie? Czy nie będziemy narażeni na zakażenie? Oczywiście, że będziemy. Nie ukrywam, że rozważam konieczność zatrzymania dzieci w placówkach nawet w sytuacji powrotu do szkół. To oczywiście ostateczność. Ale strach ludzi przed chorobą narasta” ? brzmi fragment pisma Żurowskiego.

Pomoże Gedia

i Medyk z Nowej Soli

Babcia z Nowej Soli, która wzięła wnuki z Domu Dziecka w Dąbrowie Tarnowskiej na ferie świąteczne, na szczęście nie pozostanie bez pomocy. Zadzwoniliśmy do Adama Waligóry ze Stowarzyszenia Zawodowego Ratowników Medycznych Medyk w Nowej Soli. A. Waligóra zadzwonił do dyrektora Gedii. Okazało się, że Gedia ma zapas testów, że mogą przekazać cztery dla babci i trojga jej wnuków, że chętnie się podzielą. – Wykonamy te wymazy za darmo – poinformował w czwartek Waligóra. Babcia jest wzruszona i wdzięczna. Podkreśla jednak: – Nie tak to wszystko powinno wyglądać…

Napisz komentarz »