REKLAMA

Wasze sprawy

Żegnaj Rafciu

Opublikowano 17 kwietnia 2021, autor: Filip Pobihuszka

Mało kto pamięta nowosolską Straż Miejską bez Rafała Mrowińskiego. Swoją pracę w mundurze zaczął jeszcze w 1998 roku. Regularnie awansował, by w końcu zostać starszym inspektorem. Wywoływany przez radio zawsze był „piętnastką”, bo taki numer miał na odznace. Ale dla znajomych i przyjaciół był Rafciem, Rafolcem albo po prostu Mrówą.W marcu zachorował na covid. Z wirusem walczył ponad miesiąc. Niestety przegrał. Zmarł w środę, 14 kwietnia. Miał 46 lat.

– Wchodzę do pokoju, widzę jego mundur i ryczę – mówi Jacek Baranowski. Razem z Rafałem tworzyli zespół przez 15 lat. Pracowali w jednym pokoju, razem jeździli w teren.

– To był mój przyjaciel. Traktowałem go jak brata. Znałem go od zawsze i zawsze mogłem liczyć na jego pomoc. Zaangażowany, sumienny, ambitny, oddany – mówi.

– Dla niego nie miało znaczenia to, czy on jest w pracy czy jest już po. Nawet na spacerze z rodziną robił zdjęcia, jak zobaczył, że coś jest zdewastowane, uszkodzone. A jak widział, że ktoś coś niszczy, to sam zgłaszał albo zatrzymywał. Nie stanowiło to dla niego problemu. Rafał działał całodobowo. To był człowiek instytucja – opowiada.

Rafałowi daleko jednak było do stereotypu surowego strażnika. – On nie był nastawiony na wystawianie mandatów, tylko na pomaganie – mówi Baranowski.

W lutym 2017 Polskę obiegła wiadomość o strażnikach z Nowej Soli, którzy pomogli oszukanym przez pracodawcę Ukraińcom, którzy przesiadywali na dworcu. Dzięki swoim kontaktom znaleźli im nową pracę i załatwili mieszkania. Oddali im prywatną odzież a nawet rower. To był właśnie duet Baranowski – Mrowiński.

– Rafał każdą sprawę starał się załatwić. Wiadomo, że jako strażnik nie mógł wszystkiego, ale zawsze pomógł, pokierował, pisał pisma, wnioski. On nie musiał tego robić. Ale jak pojawił się problem, to on nad tym problemem musiał się pochylić – wspomina były partner. – Często pomagał ludziom pokrzywdzonym przez los, bezdomnym, schorowanym – mówi. – To był bardzo przyjacielski człowiek – kwituje.

Ciężko zastąpić takiego człowieka

W podobnym tonie wypowiada się Roman Chorążyk, strażnik od roku 1995. – Był oddany swojej pracy. Wszystko co robił, zawsze chciał wykonać perfekcyjnie. Nie po łebkach, nie żeby odbębnić służbę. Nie. On pracował, żeby był efekt. Dla mieszkańców, dla miasta – mówi.

– Szczery kolega. Twardy, sprawiedliwy, zawsze można było na niego liczyć, niezależnie od tego czy prywatnie czy służbowo. Miał też duże poczucie humoru, tak samo zresztą jak poczucie obowiązku wobec rodziny – wspomina.

– To na pewno będzie ogromna strata, jeśli chodzi o naszą straż. Ciężko będzie zastąpić takiego człowieka. Takiego partnera – wzdycha.

Ogromne pokłady empatii 

Rafał miał w sobie ogromne pokłady empatii, które wykorzystywał jednak nie tylko do pracy z ludźmi. Był też odpowiedzialny za wszelkiej maści bezdomne, porzucone i zagubione zwierzaki, które regularnie pojawiały się na ulicach Nowej Soli.

Stale współpracował z wolontariuszami z Nowosolskich Adopcji Zwierząt. – Mówiliśmy o nim, że to jednoosobowy ekopatrol – mówi Magdalena Samborska. – Cały czas przesyłał informacje o zwierzętach, przesyłał zdjęcia robione komórką. I robił to bardzo sumiennie i rzetelnie, a było to bardzo ważne, bo my mogliśmy szybko wrzucić to na Facebooka i taki zwierzak potrafił wrócić do właściciela po 10 minutach, po pół godziny – wspomina.

Pani Magda przyznaje, że praca ze zwierzętami praktycznie się nie kończy. bo ludzie potrafią dzwonić o każdej porze dnia i nocy. – Ja sama często pisałam do Rafała na Facebooku, nie chciałam do niego dzwonić, bo każdy powinien mieć czas dla siebie. Ale on zawsze odpisywał i wyjaśniał co i jak. To nie był człowiek, który o 15.00 kończy pracę i nie ma z nim kontaktu – przekonuje.

Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Czy na pewno? – Wiadomo, że można zatrudnić człowieka i narzucić mu zakres obowiązków, ale tu potrzebna jest empatia. Tu potrzebny jest ktoś, kto ma w sobie dobroć, życzliwość. Rafał to miał. On właśnie taki był. Nie wiem, czy znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie go zastąpić – wzdycha pani Magda.

– Jego starsza córka przychodziła na ul. Głogowską i jako wolontariuszka pomagała nam wyprowadzać pieski, które tam przebywają. T jednej strony była dla nas duża pomoc, z drugiej z pewnością nauka empatii. Zawsze pytaliśmy się jej, jak wróci do domu, bo wiadomo, że z Głogowskiej to wszędzie daleko. A ona zawsze mówiła: „tato po mnie przyjedzie” – wspomina.

Szczery uśmiech, fajny człowiek

Trudno jednak nie wspomnieć o niebywałym poczuciu humoru Rafała. I uśmiechu, którym potrafił rozbroić każdego.

Pani Magda wspomina: – Zawsze jak byłam na mieście i jechał radiowóz straży miejskiej, a widziałam, że Rafał prowadzi, to nie miało znaczenia, czy jestem tuż obok, czy 200 metrów dalej. Rafał zawsze wychylał głowę i krzyczał na pół ulicy „dzień dobry pani Madziu!”. Bardzo będzie mi tego brakowało.

– Z tych dawnych lat nie mam żadnych złych wspomnień. Tylko dobre. Bo to był właśnie taki człowiek – wspomina Andrzej Kośmidek, w straży miejskiej od 2002 roku, dziś dalej jako pracownik urzędu, ale już bez munduru.

– Rafał nigdy nie pozostawił stażysty bez zaczepki. A jak ktoś go jeszcze nie znał i zobaczył, że gość, prawie dwa metry, cię trąca, to można było poczuć lekki dyskomfort. A ja nie każdego zdążyłem uprzedzić! Ale chwilę później, jak się uśmiechnął, tak szczerze, to od razu było wiadomo, że to jest fajny człowiek – wspomina.

Zasługuje na dobre słowo jak mało kto

–  Mrówa uczył mnie pracy, z nim i z Jackiem miałem pierwsze służby. Wspominam to bardzo dobrze, choć był wymagającym nauczycielem – mówi Kośmidek. – Jako funkcjonariusz wzbudzał respekt. Zawsze można było na niego liczyć, na interwencjach nigdy nikogo nie zostawił, jak trzeba, to był stanowczy. Jego pewność siebie dodawała partnerowi otuchy – opowiada.

– To był funkcjonariusz, który pracował przede wszystkim w terenie. I właśnie dlatego, że był aktywny, że przemieszczał się po mieście, był bardzo rozpoznawalny – dodaje.

– Zawsze w takich sytuacjach mówi się, że za wcześnie. Ale Rafał odszedł od nas naprawdę dużo za wcześnie – mówi Kośmidek. – Ten człowiek jak mało kto zasługuje na dobre słowa – dodaje.

– Jestem totalnie rozbita. Cały czas byłam z nim w kontakcie. Cały czas miałam nadzieję, że jednak da radę, bo to przecież był silny facet – mówi Aneta Feduń, strażniczka miejska w latach 2005 – 2010. – Pomagał mi we wszystkim. Nie wyobrażam sobie, jak to teraz będzie bez niego. To był tak dobry, uśmiechnięty, wesoły, oddany, życzliwy człowiek. A teraz jest po nim taka pustka… – mówi. – Zawsze będzie moim Rafolcem… – dodaje.

Napisz komentarz »