REKLAMA

Ludzie, wydarzenia

W kilka sekund stracili wszystko

Opublikowano 17 kwietnia 2021, autor: Patryk Świtek

Rodzeństwo z Mirocina Średniego w czwartek (15.04.) straciło dom. – Mogliśmy tylko bezradnie patrzeć jak płonie cały dobytek – mówią Anna (41 l.) i Adam (38 l.) Donaj.

To było spokojne popołudnie.

– Było chyba po 16.00. Oglądaliśmy telewizję. Naglę poczuliśmy jakby się plastik palił – opowiada Adam. – Ania wysłała mnie do kuchni, bo myślała, że może coś się na gazie przypala. Sprawdziłem i nic. Otworzyłem drzwi do jej sypialni i wtedy buchnęło mi płomieniami w twarz. Widziałem, że paliły się ciuchy koło pieca kaflowego – mówi.

Rodzeństwo wpadło w panikę. W popłochu wybiegli z domu i zaczęli wzywać pomocy. Adam pobiegł do sąsiada, z którym graniczą płotem.

– Krzyczałem dajcie wodę. Chwyciłem konewkę. Sąsiad biegł razem ze mną gasić. To były sekundy, a jak wróciliśmy, płomienie były już w całym pokoju. Zajęły się stare drewniane schody. One były strasznie suche i wiele razy malowane. Paliły się jak słoma – opowiada Adam.

– Sąsiad krzyczał, żebym odłączyła prąd. W pierwszym odruchu wbiegłam do przedpokoju, żeby to zrobić, ale tak mi buchnęło w twarz, że od razu się wycofałam – opowiada Anna.

– Byliśmy bezsilni. Mogliśmy tylko stać i patrzeć jak płonie cały dobytek. Nie wierzyłam, że to tak szybko się pali. To były ułamki sekund i płomienie były już pod dachem. Cud, że uszliśmy z życiem. Jakby to było w nocy, to byśmy spłonęli. Jeszcze kilka sekund i dym odciąłby nam ucieczkę – dodaje Anna.

30 strażaków w akcji

Na miejsce przyjechało aż 8 zastępów straży pożarnej (6 ochotniczych i 2 zawodowe). W sumie w akcji uczestniczyło 30 strażaków. Walka z płomieniami, a później dogaszenie trwało około 4 godziny. Gasili wodą i pianą. Wspominają, że była taka temperatura, że stopił się dach. Z kuchni wyciągnęli butlę z gazem.

Budynek miał prawie sto lat. Dach co prawda był pokryty blachodachówką, ale podszytą słomą i gliną. Anna opowiada, że zgromadziła też sporo lakierowanych mebli stylizowanych na antyki.

– Na tę chwilę nie wiemy, jaka była przyczyna pożaru – mówi Sebastian Olczyk, rzecznik nowosolskich strażaków.

– Może od sadzy w kominie, albo uchyliły się drzwiczki z pieca i wypadł żar. Sami nie wiemy. Ogień się po prostu cicho tlił, a jak otworzyłem drzwi i wpadło powietrze to buchnęło – mówi Adam.

Pogorzelcy z Mirocina

Ania i Adam mieszkali sami. Ich rodzice nie żyją. Dom rodzinny odziedziczyli po babci. – Wychowaliśmy się w nim – mówią. Budynek nie był ubezpieczony.

Ania na co dzień opiekuje się bratem, bo ten ma problemy ze zdrowiem. Choruje na schizofrenię. Bierze też leki na cukrzycę. Jest znana i lubiana w Kożuchowie. Pracuje w Ośrodku Pomocy Społecznej. – Jakie to życie jest przewrotne. Zwykle to ja niosę pomoc, a teraz sama jestem w potrzebie – mówi.

Przyznaje, że jest zaskoczona, ile osób zadeklarowało pomoc. Zaraz po pożarze rodzeństwo przygarnęła sąsiadka Dagmara Kremer. – Byli przemarznięci i przemoczeni. Ania przez stres zaczęła się źle czuć i zabrała ją karetka. To było przerażające. Wybiegli w klapkach i tylko one im zostały – mówi. Dopiero następnego dnia kiedy przeszukali zgliszcza okazało się, że ocalały dokumenty i telefony.

Zadziałała też potęga internetu. – Po tym jak o tragedii zrobiło się głośno na Facebooku ludzie zaczęli przywozić ciuchy i jedzenie. Rano był pan, który przywiózł kołdry – opowiada Dagmara.

Szybko założono też internetową zbiórkę, na zrzutka.pl. Każdy kto chciałby pomóc rodzeństwu, może znaleźć zbiórkę pod hasłem „Pogorzelcy z Mirocina Średniego pilnie potrzebują pomocy!” W jeden dzień uzbierano tam już prawie 9 tys. zł.

Szybko zareagowała także gmina. – Mamy awaryjną kawalerkę właśnie na takie sytuacje, wiec będą mogli tam zamieszkać do czasu aż staną na nogi – mówi Paweł Jagasek, burmistrz Kożuchowa.

– Nie wiemy jeszcz,e czy kiedyś odbudujemy dom, bo on jest kompletnie spalony – mówi przez łzy Anna i dodaje: – Proszę koniecznie napisać, że dziękujemy wszystkim dobrym ludziom, którzy nam pomagają.

Napisz komentarz »