REKLAMA

Aktualności, Wasze sprawy

Pomóżcie mi proszę

Opublikowano 22 maja 2021, autor: Patryk Świtek

Anna Głuch (44 l.), mama czwórki dzieci, żyje z wyrokiem. Uratować może ją tylko lek za 40 tys. zł. Dotychczas sama organizowała zbiórki dla chorych dzieci. Teraz to ona potrzebuje pomocy.

– Gdybym była sama, to już bym się poddała – przyznaje Anna i patrzy na 2-letniego Stasia. Po chemioterapii straciła włosy. W trakcie rozmowy często też kaszle. Mimo to jest uśmiechnięta i pogodna. Przyznaje, że często ukrywa przed dziećmi to jak cierpi. Nie chce ich martwić, woli też, żeby zapamiętały ją jako aktywną mamę.

– To dzieci i mój mąż są powodem, że wciąż walczę. Skupiam wszystkie siły na tym, by móc być dalej częścią ich świata – przyznaje.

Przerwane leczenie

O raku piersi dowiedziała się tuż przed 40. urodzinami. Od tamtego momentu minęły już cztery lata. Wiele się w tym czasie wydarzyło. Biopsje, chemie, mastektomia, radioterapia, a także urodzenie Stasia. – To był szok, bo lekarze mówili, że przy moim leczeniu zajście w ciążę było niemożliwe – mówi. Wspomina, że stanęła wtedy przed trudną decyzją. Zawiesić leczenie, czy usunąć ciążę. Wybrała to pierwsze.

– Czy to miało jakiś wpływ na rozwój choroby? Nie wiadomo. Najważniejsze, że Staś urodził się zdrowy – opowiada Anna.

Dwa miesiące po jego narodzinach zaczęła ją boleć klatka piersiowa. Lekarze zrobili szczegółowe badania. Okazało się, że rak zaatakował płuca, mostek i żebra.

– Lekarz powiedział, że przeżuty były o wiele wcześniej. Po prostu w momencie przerwania leczenia komórki rakowe mogły się swobodnie powiększyć – mówi.

Dziś jej sytuacja jest tragiczna.

– To, że tak kaszlę, spowodowały przerzuty do płuc. Rak zdeformował mi mostek i zajął trzy żebra. Do tego doszło niestety do około 30 zmian w mózgu. Jest to na tyle poważne, że zdarza mi się tracić przytomność i dostaję padaczki – opowiada Anna.

Lek za 40 tys. zł.

W szpitalu usłyszała, że doszła do ściany. Nie potrafią jej pomóc.

– Nadzieją jest lek z zagranicy. To nowość, nazywa się tucatinib. Już w ub. roku stosowano go w USA i w Australii. Zaakceptowano go też w Europie, ale w Polsce nie jest ani zarejestrowany, ani refundowany, a więc nawet nie można pisać do ministerstwa wniosku o terapię ratującą życie – mówi Anna.

Szpital ma możliwość sprowadzenia tego leku, ale trzeba za niego zapłacić. Koszt jednej dawki to około 40 tys. zł. Roczna terapia kosztowałaby około 700 tys. zł.

– Dla nas to kwota niewyobrażalna – mówi Anna. Wychowuje czwórkę dzieci w wieku 16, 9, 6 i 2 lata. Anna nie pracuje. – Utrzymujemy się z mojej renty i pensji męża, który tak na prawdę ciągnie na dwa etaty – mówi.

– Ten lek to jest moja ostatnia szansa. Im szybciej zacznę go brać tym większa szansa, że zadziała – mówi Anna.

Zbiórka

Ze zbiórką długo zwlekała. – To krępujące prosić o pieniądze. Każdy ma swoje sprawy, swoje potrzeby, swoje problemy. Poza tym jest tyle chorych dzieci. Sama jak widzę takiego malucha, to wolę na niego wpłacić niż na dorosłego – mówi.

Włączyła się w zbiórkę dla swojej imienniczki. Dziewczynki z genetyczną chorobą.

– Strasznie mi jej było szkoda, więc postanowiłam, że pomogę – wspomina. W salonie zrobiła twórczy kącik i zabrała się za rękodzieło. – Tworzę herbaciarki, skrzyneczki, koneweczki i wystawiam na licytację dla dzieci – opowiada. Teraz ona jest w potrzebie.

Przyjaciele założyli dla niej licytację. Wystarczy wpisać na Facebooku „Dla dzielnej Mamy – licytacje dla Ani. Anna jest też podopieczną stowarzyszenia „Warto jest pomagać”, tam założono internetową zrzutkę. Pod zbiórką napisała: „Czasami patrzę na moje dzieciaki, zwłaszcza na najmłodszego, i boję się, że czeka ich dzieciństwo bez kochającej mamy. Jeśli teraz odejdę Staś mnie nawet nie zapamięta. Nie marzę o niczym innym jak tylko o tym, żeby być z nimi jak najdłużej. Pomóżcie mi proszę”.

Napisz komentarz »