REKLAMA

Aktualności, Kultura, Oświata

Nie czuję się dobrym satyrykiem

Opublikowano 26 czerwca 2021, autor: Filip Pobihuszka

– Dziś politycy robią i mówią takie rzeczy, że nie da się tego sparodiować – mówi Jacek Fedorowicz, satyryk, aktor, prezenter, malarz, rysownik i felietonista.

Mówią, że odwiedził pan Nową Sól pierwszy raz od 1986 roku. To prawda?

– To jest bardzo mało prawdopodobne, takie miasto jak Nowa Sól, nie mogłoby być pominięte przez tyle lat. Chyba, że akurat był remont sali czy nie było gdzie występować.

W 1986 byłem na terenie kościelnym. Pamiętam, że była to jakaś działalność wywrotowa. W latach 80. wyłącznie nielegalnie występowałem, łamiąc prawo świadomie i dokładnie.

Czasy się zmieniają, władza się zmienia. Ale humor i satyra to ciągle dobry bat na polityków?

– Nie, nie zgadzam się. Tak mogło być w dawnych czasach, ale nie dziś, kiedy politycy podzielili się na dwie zwalczające się grupy. A w ślad za nimi podzieliło się społeczeństwo. Nienawiść rośnie. Ja nie będę wskazywał palcem, kogo uważam za winnego, ale jakbym trzasnął w to korpulentne, małe ciałko… No nic.

Kontynuując wątek – w takiej sytuacji satyra na władzę zostaje pozytywnie odebrana wyłącznie przez przeciwników władzy. I odwrotnie – satyra zgodna z linią partyjną jest z nienawiścią przyjmowana przez innych. I tu nie ma mowy, by wymyślił pan cudowny żart o Kaczyńskim, który rozśmieszyłby kogokolwiek z jego wyznawców.

Czyli za komuny żartować było łatwiej?

– Sytuacja była podobna, ale łatwiej było o tyle, że przeciwników komuny pod koniec było znacznie więcej, niż dziś przeciwników partii rządzącej.

A gdyby żartować z każdego po równo?

– Niby można. Ale po co? Dlaczego ja mam działać wbrew moim poglądom i wbrew moim – użyję górnolotnego słowa – uczuciom patriotycznym.

To co się w tej chwili dzieje, to jest wbijanie Polski w niebyt i rujnowanie osiągnięć, które przez 30 lat się nabudowywały. Ale ja wcale nie chciałem tego mówić, to pan mnie ciągnie.

Polityka i humor to ciekawe połączenie. Chciałem poznać opinię eksperta.

– Niech mnie pan za bardzo nie traktuje, jako eksperta. Ale tak naprawdę ja się nie czuję dobrym satyrykiem. Nie umiem wymyślić żartu na zamówienie, monologu, skeczu.

To, co naprawdę umiałem robić, to audycje radiowe, własnym głosem. Słuchowiska. Byłem w tym bardzo dobry. Stworzywszy sobie grupę fikcyjnych postaci z tzw. kolegą kierownikiem na czele. Rozmawiałem sam ze sobą pisząc dialogi i obsadzając siebie w paru różnych rolach. I nie będę ukrywał – jestem z tego dumny, to było dobre.

A z Dziennika Telewizyjnego jest pan zadowolony?

– Mniej. Dlatego, że to był czysty humor. Momentami udawały mi się rzeczy obłędnie śmieszne. Ale taki program, raz na tydzień, przez 11 lat, musiał być nierówny. Tam było bardzo dużo różnych momentów, których… nie powiem, że się wstydzę, ale nie jestem z nich zadowolony.

Dziś Dziennik Telewizyjny nie miałby sensu, bo, wracając do początku naszej rozmowy, śmieszyłby tylko połowę widzów.

– Ja tam nie realizowałem swoich zamysłów propagandowych. Byłem uzależniony od materiału, który mam.

Tyle tylko, że główne żarty polegały na tym, że ja brałem autentyczny materiał telewizyjny i poprzez manipulację, np. przez postawienie pytania i odpowiednie przemontowanie. Śmieszność polegała na tym, że ta inna rzeczywistość, była na samym początku działalności, zupełnie nieprawdopodobna! No bo nieprawdopodobnym było, żeby prezydent robił takie głupstwo. Tymczasem lata mijały i ten prezydent, który jest dzisiaj, potrafi zrobić coś takiego, że w zasadzie tego się już nie da sparodiować. I to było zabójstwo dla tego programu. To samo dotyczyło dialogów. Ja robiłem udawane dialogi, a politycy odpowiadali nieprawdopodobne bzdury. A w tej chwili mówią jeszcze gorsze rzeczy.

Bardziej jest pan zadowolony ze swojej pracy za komuny czy już w wolnej Polsce?

– Rzeczywiście, to była praca, która dawała mi ogromny aplauz widowni i ogromne sukcesy. Ale ja, jako „inteligient” nie mogę dać się uwieść takiemu wnioskowi, który by się ewentualnie narzucał, że to dlatego miałem taki aplauz, bo byłem taki dobry. Nie. Kontekst historyczny dział na moją korzyść. To były czasy, gdy wystarczyło mieć odrobinę odwagi.

A dziś co daje panu satysfakcję?

– Jak mi się coś uda na YouTubie. Jakiś filmik. Zacząłem pół roku temu i mnie wciągnęło. Mam swój kanał.

To które pokolenie już pana ogląda?

– A ile trwa pokolenie? Jeśli to zakamuflowane pytanie ile mam lat, to nie ma tajemnicy – 84!

Napisz komentarz »