REKLAMA

Wasze sprawy

Wieczna krytyka

Opublikowano 25 września 2021, autor: Michał Szczęch

– Ludzie, którzy wiedzą, że pracujemy w DPS, potrafią zaczepić: „O Jezu, jak tam wytrzymujecie?”.

Kolejne pracownice Domu Pomocy Społecznej w Kożuchowie, który podlega starostwu, zgłaszają się do naszej redakcji. Chcą rozmawiać o złej sytuacji w ich miejscu pracy. Tym razem zgłosiły się kolejne opiekunki. Proszą o anonimowość (imiona i nazwiska do wiadomości redakcji).

Pracownice: – Mamy sporo do powiedzenia w tej sprawie. Na przykład w kwestii zasłabnięć. Koleżanka zasłabła w ubiegłym tygodniu. Zrobiło się jej ciemno przed oczami. Osunęła się pod ścianą. Zawołałyśmy pielęgniarkę, żeby podała kroplówkę.

Regionalna: Jak często zdarzają się takie zasłabnięcia wśród pracownic?

– Ostatnio dość często, bo jesteśmy wykończone, a zmęczenie potęgują nerwy i emocje. Dyrektorka albo kierowniczka, jej prawa ręką, przelecą przez oddział i jest wszystko źle. Wieczne niezadowolenie. Wieczna krytyka. A my się boimy. Zasłabnięcia mogą też wynikać z faktu, że nie mamy nawet miejsca do spożywania posiłków. Umownym miejscem jest nasza dyżurka. Nie wolno nam jeść w grupach, bo pandemia. Więc jemy po kolei. Na zjedzenie na przykład śniadania każda ma kwadrans. Ale zdarza się, że w tym czasie albo któryś podopieczny czegoś chce, albo pani kierownik czegoś chce. Czas leci. Kwadrans mija. Nie zdążymy zjeść. I trzeba wracać do pracy. Nie jest ważne, czy któraś pracuje 8 godzin, czy 12.

Czy ktoś sprawdza, co macie na talerzu? Narzekały na to poprzednie nasze rozmówczynie.

– Kierowniczka i dyrektorka zaglądają nam w talerz, żeby skontrolować, czy nie jemy posiłków mieszkańców. To jest straszna presja, że przyniesiemy posiłki z domu i zaraz padnie oskarżenie, że „to jest miejscowe”.

W starostwie padła kilka dni temu informacja, że aż 17 pracownic DPS jest obecnie na zwolnieniach lekarskich.

– Często się zdarza, że do pracy chodzimy na tabletkach przeciwbólowych. Bywa, że tracimy czucie w nogach. Lekarz rodzinny kieruje do neurologa. Idziemy, a neurolog mówi, że my za młode jesteśmy na takie choroby kręgosłupa. Nie wierzy nam. Patrzy na rentgen i jest w szoku. Bo kwalifikujemy się tylko do operacji. Nasi podopieczni są ciężcy, podnośnik sam wszystkiego nie zrobi, brakuje mężczyzn do pomocy i mamy efekt. Nieraz aż kolana nam się uginają. Nasi przełożeni chyba nie zdają sobie sprawy, jaki to jest ciężar. Marzymy, żeby pani dyrektor przyszła kiedyś na 12 godzin dyżuru i popracowała tak jak my. Może wtedy by zrozumiała, na czym polega ten nasz problem, te nasze pretensje, walka o komfort pracy.

O szacunek?

– Przede wszystkim. Jak kilkanaście lat temu zaczynałyśmy pracę w DPS, to było wymarzone miejsce. I przez kolejne lata lubiłyśmy tam chodzić.  Pracę traktowałyśmy jak misję. Była normalna atmosfera. Do waszej redakcji przyszedł list od emerytowanej pracownicy, który opublikowaliście. Pracownica pisze, że poprzednia dyrekcja niby też nam nie pasowała. To nieprawda. Pamiętamy dwie poprzednie dyrektorki. To były cudowne kobiety.

Władze powiatu utrzymują, że w przeszłości, gdy była inna dyrektorka w DPS, też się zdarzały skargi i pretensje pracowników.

– Poprzednie dyrektorki nie robiły nam nic po złośliwości. Podamy prosty przykład. Latem, jak były upały, to obecna dyrektorka niby powiedziała nam, że na górę nie musimy zakładać mundurków, że wystarczy bluzka. A już kolejnego dnia czepiała się „Gdzie mundurek!?”. Pamiętamy, że poprzednia dyrektorka, jak były upały, to sama nam mówiła „wchodźcie do dyżurki, odpoczywajcie, nawadniajcie się, nawet w czasie dyżuru schładzajcie się biorąc prysznic”. Teraz to jest nie do pomyślenia. Mamy nawet problem, żeby w czasie dyżuru pójść do toalety. Obecna dyrektorka wprowadziła zasadę, że dyżurujemy pojedynczo. Żeby pójść do toalety, musiałybyśmy zostawić podopiecznych, co jest niedopuszczalne. Oczy pani dyrektor są wszędzie, ona wszystko wie. Nawet nie możemy pójść pod bramę, żeby wziąć obiad, który przywiózł na przykład ktoś z rodziny. Zaraz będą pretensje, że opuszczamy stanowisko pracy.

Są też pracownicy, którzy bronią pani dyrektor. Rozmawiałyście z nimi?

– To są ludzie pani dyrektor, często przez nią zatrudnieni. Owinęła ich wokół palca. Ona potrafi taka być, że człowiek pomyśli, że to cudowna kobieta. Potrafi być bardzo miła na przykład dla tych, którzy przynoszą jej różne informacje. Na przykład, że pokojowa piła wczoraj kawę, choć ze śmietnika wysypywały się śmieci. Wie, co się dzieje popołudniami i w weekendy, choć wtedy przecież nie ma jej w DPS. Wie, że ta opiekunka jadła to, a ta tamto. Przy pani staroście mówiła do nas „Ojejku, jakie wy jesteście wspaniałe pracownice, moje perełki”. Ale ma też drugą twarz. Jak pani starosta poszła, to zaczęła krzyczeć, że jak my mogłyśmy się poskarżyć. I waliła teczką o stół.

Próbowałyście panie kiedykolwiek rozmawiać?

– To nie ma sensu. Dla kierownictwa i dyrekcji czarne jest czarne, białe jest białe. Nie liczą się ze zdaniem opiekunek i pokojowych. Nie mamy nawet możliwości, żeby przedstawić swoją wersję zdarzeń.

Czy wasze „przewinienia” wiążą się z jakimiś konsekwencjami?

– W czasie obchodu często słyszymy „Komu mam zabrać premię!? Najlepiej całemu dyżurowi!”. A później stresujemy się, jaką dostaniemy wypłatę. Bez premii to nawet nie będzie najniższa krajowa. Za miesiąc pracy! Ciągle myślimy „Co ja robię źle?”. Do pracy idziemy z płaczem. Wracamy do swoich domów i płaczemy. Bierzemy leki na uspokojenie. W głowach ciągle kłębią się myśli o DPS. Znika nasze prywatne życie.

Na ile waszym zdaniem zła atmosfera w DPS wynika z postawy pani dyrektor, a na ile może jednak wynikać z pandemii i związanych z nią utrudnień, z niskich pensji, często nieadekwatnych do wykonywanych obowiązków, rodzących frustracje? W jakim stopniu to wszystko ma wpływ na wasz gniew, bunt?

– Przecież my zawsze pracowałyśmy ciężko i zarabiałyśmy mało. Problemem są dyrektorka i kierowniczka. My po prostu chcemy pracować w spokoju i żeby nas szanowano. Do DPS przyjmowani są różni podopieczni, bywa, że chorzy psychicznie, albo nadużywający alkoholu. Potrafią nas wyzwać, opluć, uderzyć. Zaciskamy zęby i znosimy to. Taka praca. Ale dlaczego nikt nie próbuje zmieniać zachowania tych podopiecznych? Od dyrektorki i całej reszty słyszmy „to jest mieszkaniec, on jest chory, pokrzywdzony przez życie, musicie zrozumieć…”. Rozumiemy. Dlaczego jednak nikt nie wpaja tym mieszkańcom, że nam też się należy szacunek?

Planujecie się zwolnić z pracy?

– Coraz więcej osób odchodzi. Składają CV na strefie, gdzieś w sklepach. Próbują się ratować. Mamy kontakt z tymi, które się zwolniły. Niektóre nalazły pracę, inne są bezrobotne. Mówią, że wreszcie są szczęśliwe.

To dlaczego wy jeszcze nie odeszłyście?

– Bo lubimy naszą pracę, mimo wszystko. Spędziłyśmy tam wiele lat, po to się kształciłyśmy.

W starostwie mówią, że były różne kontrole, które nie wykazały nieprawidłowości. Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadzała ankiety mobbingowe. Nic nie wykazały…

– Jak miały wykazać, skoro ankietę do wypełnienia dostało tylko 10 pracowników? Z ankietami chodził nasz behapowiec. A inspektorzy z PIP poszli do biurowca.

W PIP mówią, że składaliście donosy, ale anonimowo. Może warto zgłosić się i porozmawiać twarzą w twarz?

– Jedna z koleżanek napisał do nich pod imieniem i nazwiskiem. Później były te ankiety. I tyle.

A na co panie liczyłyście?

– Że przyjdą, że się nad nami pochylą, że będą chcieli rozmawiać, dowiedzieć się czegoś od nas. Ale niestety nie przyszli.

Spotkałem się z zarzutami w starostwie, że nagłaśnianie tego problemu jest psuciem wizerunku placówki.

– My też się z tym spotkałyśmy. Mamy wrażenie, że oni by chcieli, żebyśmy przychodziły do pracy, obciążającej psychicznie i fizycznie, za najniższą krajową. Żebyśmy się nie odzywały, nie upominały. A może jeszcze pracowały w godzinach nadliczbowych, ale jako wolontariuszki. Ratownicy medyczni walczą o swoje, pielęgniarki walczą, lekarze walczą, nauczyciele walczą. I z ich zdaniem władze się liczą. Z naszym nie. Dlaczego? Jeśli nic się nie zmieni, będziemy musiały odejść, bo dłużej nie wytrzymamy. Nowa Sól, to nie jest Warszawa. Ludzie, którzy wiedzą, że pracujemy w DPS, potrafią zaczepić „O Jezu, jak tam wytrzymujecie?”. Mieszkańcy Nowej Soli i Kożuchowa nam współczują. Lekarze nam współczują. Ratownicy medyczni nam współczują. Nawet kosmetyczki i fryzjerki. A w starostwie nam nie współczują.

Napisz komentarz »