REKLAMA

Aktualności, Ludzie, wydarzenia

Chciałem być księciem

Opublikowano 29 października 2021, autor: Michał Szczęch

„Prince Charming”, emitowany przez TVN, to pierwszy polski program randkowy z udziałem gejów. Panowie starają się o względy księcia. W programie wziął udział Paweł Tuszyński (34 l.). Pochodzi z Rudna pod Nową Solą. W rozmowie z „Regionalną” opowiada o kulisach programu i o sobie.

Jak dostałeś się do programu?

– Nie obnoszę się z homoseksualizmem, ale też nie ukrywam tego jakoś specjalnie. Miałem partnera, wrzucałem wspólne zdjęcia na Instagram. Można było łatwo się domyślić, że to mój chłopak. Produkcja programu zaczęła obserwować mój profil. W końcu odezwali się i zaproponowali udział w castingu.

Byłeś zaskoczony?

– Tak, nie wiedziałem w ogóle, o co chodzi. Na początku myślałem, że to może jakiś żart, oszustwo. To było w czasie nasilonej pandemii. W castingach wziąłem udział chyba trochę z nudów. Im mniej mi zależało, tym z większa łatwością przechodziłem kolejne etapy. Miałem rozmowy z produkcją, z reżyserem, z dwoma psychologami. Wymagali dużo badań zdrowotnych. Musiałem przysłać testy nawet na choroby weneryczne, zaświadczenie o niekaralności. Dla produkcji wydałem się chyba kolorowy. Jestem wygadany. Nie wiem, skąd ta moja przebojowość, bo mama jest bardzo spokojna. Ale też bardzo silna, bo wychowywała mnie i brata z babcią. Tata zginął, jak miałem trzy lata.

Wybrali cię do programu i co? Pewnie radość…

– Producenci programu myśleli chyba, że będę skakał z radości. A ja nie. Ja chciałem być księciem, a nie zwykłym uczestnikiem. Więc wielkiej radości nie było. Wtedy zaproponowali, że nie wejdę w pierwszym odcinku, tylko w którymś z kolei, żeby zrobić ze mną większe szoł. Na początku planowałem wejść z moją suczką Lodzią, którą adoptowałem rok temu. Ale ciężko zniosłaby podróż i temperatury w Hiszpanii, więc poleciałem sam. Produkcji zależało na ludziach nie tylko z Warszawy, ale też z mniejszych miejscowości, takich jak Zielona Góra, w której mieszkam.

Pochodzisz spod Nowej Soli…

– Tak, moja mama i babcia mieszkają w Rudnie.

To mała wieś. Nie bałeś się nieprzyjemności, szydery, wytykania palcami?

– Bardzo się obawiałem, jak mój udział w programie wpłynie na moją rodzinę, na mój biznes. Moja mama na początku była bardzo sceptyczna. Bała się o mnie, że mnie pobiją, że zniszczą mi samochód, bo niełatwo jest żyć dziś w Polsce jako homo. Mama nie wiedziała, że ja już to przeżyłem, że na osiedlu chcieli mi kiedyś rozbijać butelki na głowie, gdy się dowiedzieli, że mieszkam z chłopakiem.

Mimo wszystko, poszedłeś do programu. Dlaczego?

– Osiem lat zbierałem się na coming out przed rodziną. Wracałem z Rudna do Zielonej Góry i zdarzało mi się płakać, że znowu się nie udało. Wiem, jak trudny jest brak akceptacji ze strony najbliższych, ze strony otoczenia. Prowadzi niekiedy do tragedii. Są różne sytuacje. Młodzi ludzie odbierają sobie życie. Pomyślałem, że pójdę do programu, żeby zmienić myślenie chociaż kilku osób na temat homoseksualizmu, że może ktoś obejrzy i przestanie mówić, że homoseksualistów trzeba leczyć albo wysłać do gazu. Idąc do programu, pomyślałem też o sobie, że to może być dla mnie szansa. Rozpadł się mój dziesięcioletni związek. Straciłem część znajomych. Stanąłem na rozdrożu. Informacja, że mnie wybrali, była szansą na nową drogę w życiu.

Myślisz, że program zmieni czyjeś myślenie?

– Po pierwszym odcinku z moim udziałem dostałem mnóstwo ciepłych słów. Mama zadzwoniła i powiedziała, że jest dumna, że w programie są super ludzie, że mamy prawo kochać kogo chcemy. Przyjaciele i znajomi to samo. Na Instagramie pisali do mnie ludzie, że ich zainspirowałem. Ale pojawili się też hejterzy. Pisali, że jestem zjebany, skrytykowali mój wygląd.

Bałeś się pierwszego odcinka, tego, jak cię pokażą?

– Bałem się, że to będzie reality show, które stoi na skandalu. A oni pokazali, że jesteśmy normalnymi, fajnymi ludźmi. Zabrali nam telefony. Nie mieliśmy alkoholu. Nie mieliśmy nawet muzyki. A i tak bawiliśmy się super. Sami śpiewaliśmy sobie piosenki. Wspólnie robiliśmy śniadania, kolacje. Obiady nam dowozili pod drzwi. Pranie tak samo. Kontakt mieliśmy tylko z kilkoma osobami z produkcji. Z reżyserem, z dźwiękowcami, z dziewczynami od make upu. Reszta siedziała zamknięta w piwnicy, gdzie było studio. Mam obrzydliwą ciekawostkę związaną z tą piwnicą…

Dawaj!

– W Hiszpanii rury od toalety są cienkie, bo tam ludzie nie korzystają z papieru toaletowego, tylko z bidetu. Weszło do willi kilkunastu chłopa z Polski. Wszyscy zaczęliśmy korzystać z papieru toaletowego. Cienkie rury się zapchały. W piwnicy wybiło szambo i produkcja przez dwa dni musiała w tym siedzieć.

Jak wyglądał twój kontakt z pozostałymi uczestnikami?

– Spodobałem się im wizualnie, ale nie z charakteru. Połowa mi powiedziała, że z powodu wyglądu jestem dla nich zagrożeniem, a druga połowa, że jestem pozerem, który przyszedł do programu dla kariery. Przez dwa dni miałem doła. Ale dziewczyna z produkcji powiedziała do mnie „Paweł, ty się nie kajaj”. Później było już lepiej. Z Arkiem i Maćkiem mam kontakt do dziś. Mieszkają w Warszawie. Ja zawsze chciałem mieszkać w wielkim mieście. Niedługo przeprowadzam się do Warszawy, na razie na pół roku, na próbę. Myślę, że poniekąd dzięki udziałowi w programie. Do Zielonej Góry będę latał co tydzień. Przecież mam tu dwa salony fryzjerskie. W Warszawie Arek będzie moim współlokatorem. Maciek jest działaczem LGBT. Może uda nam się współpracować w tym kierunku, na przykład z fundacjami, które pomagają leczyć z depresji osoby wykluczone…

To w Warszawie. A jak pomóc osobom LGBT na prowincji, w takich miejscowościach jak Zielona Góra, Nowa Sól, Rudno?

– Na przykład w Zielonej Górze od kilku lat odbywa się parada równości. Chętnie wystąpię jako jedna z twarzy tej parady.

Dzięki za rozmowę.

Napisz komentarz »